KARTON CAFÉ   
Regulamin i rejestracja regulamin forum  jak wstawiac grafike, linki itp do wiadomosci grafika i linki w postach

Miejsce na rozmowy o rzeczach niekoniecznie związanych z modelarstwem kartonowym, tzw. "rozmowy kanapowe", ciekawostki, humor itd. Tu można się poznać lepiej i pogawędzić ze sobą.


 Działy  |  Tematy/Start  |  Nowy temat  |  Przejdź do wątku  |  Szukaj  |  Widok bez stronicowania (rolka)  |  Zaloguj się   Nowszy wątek  |  Starszy wątek 
 Widok z podziałem na strony: strona 46 z 46Strony:  <=  <-  42  43  44  45  46 
08-06-19 16:03  Odp: TOM 3 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
Ryszard 



Na Forum:
Relacje w toku - 23
Galerie - 24


 - 9

Się zgłasza !
Wiesz, że nawet nie zwróciłem uwagi na ową nieścisłość, natomiast pozwalam sobie opisać cała akcję ratowniczą "Narwika" by można było porównać oba opisy, które różnią się kilkoma szczegółami.
Informacje pochodzą z trzeciego tomu "Księgi statków polskich 1918-1945" autorstwa B.Hurasa i M.Twardowskiego (kontynuacja poprzednich tomów J.Micińskiego).

S/s "Narwik" płynął z Bombaju do Durbanu z ładunkiem węgla. Załoga walczyła z pożarem (samozapłon) w ładowniach. Statek zmienił kurs na Mauritius by zdać chorego kapitana, ale po drodze napotkał ang. krążownik z lekarzem i na nim chory kpt dopłynął do Durbanu, gdzie trafił do szpitala.
W Durbanie ugaszono pożar i po wyładunku przez kilka dni trwał remont i finalnie po załadunku węgla bunkrowego "Narwik" wyruszył w rejs docelowo do USA.
10 października około godziny 9 rano zauważono we mgle statek pasażerki, który na sygnały dawane aldisem nie odpowiadał. Po godzinie usłyszano dwa głuche wybuchy. Kpt Cz.Zawada rozkazał obsadzić wszystkie armaty i oerlikony i statek zaczął zygzakować.
Ok. 13 - tej zauważono pełno pomarańczy na wodzie a o 14.30 szalupę dająca znaki żółtą flagą a po chwili dwie inne. Kpt. zarządził alarm "człowiek za burtą".
Kpt Zawada przez lornetkę odczytał sygnał świetlny nadawany z jednej szalup - " W pobliżu jest okręt podwodny stop jesteśmy ze storpedowanego statku "Orcades" stop płyńcie dalej i dajcie znać drogą radiową o naszej pozycji stop poczekamy na statki z bazy stop inaczej możecie być również storpedowani stop".
Gdy "Narwik" kontynuował akcję ratowniczą r/o Michał Zorget zawiadomił Kapsztad, podał pozycję i poprosił o ochronę lotniczą i eskortę.
Potwierdzono meldunek i wysłano samolot i dwa niszczyciele.
Ok.15-tej w polu widzenia było już 21 przepełnionych szalup i motorówek z "Orcadesa". Wiatr i wysoka fala nie ułatwiała przechodzeniu rozbitków po wyrzuconych siatkach i sztormtrapach więc transportowano ich również w koszach bunkrowych bomami ładunkowymi.
Kpt Zawada zdając sobie sprawę, że może zostać zaatakowany przez U-boota rozkazał by za rufa "Narwika" na wyrzuconej linie manilowej zamocować wszystkie puste szalupy z "Orcadesa".
Od uratowanego I Of dowiedział się, że kpt Fox podjął zamiar uratowania statku lecz w chwili obecnej nie wie co się z nim stało.
Zły stan morza i holowane szalupy znacznie zmniejszyły prędkość "Narwika" i ostatecznie kpt. Zawada rozkazał odcięcie liny. Za jakiś czas natrafiono na tratwy, z których podjęto rozbitków w tym kpt. Foxa. Na burcie "Narwik"miał 1022 uratowanych.
Utrzymywano stałą łączność z Kapsztadem i 11 października o 10.55 podpłynęły dwa niszczyciele.
Dnia następnego o 11.25 "Narwik" zawinął do portu Kapsztad gdzie witały go tłumy.
Prócz wymienionych w "Opowieściach" odznaczonych (były to srebrne i brązowe Krzyże Zasługi z Mieczami), Srebrny Krzyż Zasługi z Mieczami otrzymał też st.mech. Aureliusz Hofman.
Niektórzy otrzymali również British Empire Medal - I OF Z.Chełmiński, st.mar B.Kołodziej i mł. mar. J.Dziura.
Poniżej s/s "Narwik" w wojennej szacie i rys. A.Werki


Post zmieniony (08-06-19 16:40)

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
10-06-19 09:32  Odp: TOM 3 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
Akra 

Na Forum:
Relacje w toku - 2
Relacje z galerią - 5


 - 2

Dzięki Ryszardzie za interesujący wtręt, różniący się w paru szczegółach od mojej Opowieści, bazującej na źródłach angielskich. Oczywiście polskie powinno mieć pierwszeństwo, ale – jak już kiedyś pisałem – w zasadzie ich unikam, żeby nie mieć pokusy na przepisanie ze zmienionymi miejscami dla przecinków. Biorę także pod uwagę, że nawet polskie źródła w polskich sprawach mogą nie zawsze być akuratne w każdym szczególe, ponieważ sądzę iż wspomnienia świadków wydarzeń mogły dojść do opisującego je poprzez kilku pośredników, a wiadomo, jakie to może nieść ze sobą konsekwencje.

Według Angoli, to dopiero późno wciągnięty na pokład kapitan Fox radził Zawadzie żeby odpłynął. Te same źródła mówią także o samolocie który atakował U-boota, a zatem można zakładać, że lotnicy byli tam wcześniej, niż napisano w „Księdze...” Tłumaczyłoby to także fakt, że Emmermann pospiesznie odpłynął, zamiast wyjść na powierzchnię i dowiedzieć się czegoś o swym łupie – jak na często robiono przy tak dużych celach.

Tym niemniej uznając za prawdę prawie wszystko z przywołanej przez Ciebie relacji, pozostawiam Opowieść niezmienioną, bo i tak najważniejsza w tym wszystkim jest szaleńcza (wręcz straceńcza) odwaga kapitana Zawady.

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
11-06-19 13:56  Odp: TOM 3 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
Akra 

Na Forum:
Relacje w toku - 2
Relacje z galerią - 5


 - 2

Opowieść 530


JEDEN Z FLOTY MOSKITÓW


Na przełomie XIX i XX wieku liczne statki pasażerskie, obsługiwały porty leżące na wodach Puget Sound, będącym systemem wąskich, głębokich zatok na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, w stanie Waszyngton, nad którym położona jest aglomeracja Seattle. Ze względu na znaczną liczbę owych statków oraz ich niewielkie rozmiary, nazywano je powszechnie Mosquito Fleet, czyli Flotą Moskitów. Oceniano, że z ich usług korzysta rocznie aż dwa miliony ludzi!

Puget Sound


Jednym z takich moskitów był zbudowany w 1904 roku parowiec „Dix”, mający zaledwie 130 ton. Pozostałe znane dane to długość 31,2 metra, szerokość 6,2 i zanurzenie 2,3, co pozwalało zawijać praktycznie do każdego portu leżącego przy Puget Sound. Stateczek należał do dwóch dżentelmenów, którzy założyli firmę Seattle and Alki Point Transportation Company.

„Dix”
,

Co bardziej przesądni mieli złe przeczucia wobec statku w chwili, gdy nie chciał spłynąć z pochylni, i dopiero następnego dnia ściągnął go na wodę holownik. Jednostka już z góry miała wyznaczoną króciutką trasę z Seattle do Alki Point, miejsca wchłoniętego przez Seattle w roku 1907. Alki Point oferowała mieszczuchom liczne plaże, toteż „Dix” cieszył się ogromnym zainteresowaniem w charakterze wodnego tramwaju. Wraz z podobnej wielkości „Manette”, w sezonie letnim „Dix” wykonywał aż dziewiętnaście okrężnych rejsów – a raczej rejsików - dziennie.

Zdjęcie współczesne. Na pierwszym planie Alki Point, które oparło się wysokościowemu budownictwu. W głębi Seattle


Poinformowane przez kogoś z załogi odpowiednie służby szybko potwierdziły istotną wadę konstrukcyjną „Dixa”, czyli zbyt wysoko położony środek ciężkości. Dwukrotnie inspektorzy zatrzymywali dokumenty parowca, ustępując dopiero wtedy, gdy armator dodał 7 ton balastu, a ponadto przykręcił do kilu 5 ton żelaznych sztab. Pomimo tego, statek wciąż był trudny w manewrowaniu, a dodatkowo wąski kadłub i wciąż zbyt wysoki środek ciężkości powodował głębokie przechyły przy byle gorszej pogodzie. No ale na króciutkich rejsach do Alki Point jakoś się dawało to znosić...

18 listopada 1906 „Dix” nie miał płynął po zwykłej trasie, ale zastępując będący w remoncie „Monticello”, skierowany został na linię Seattle - Port Blakely na wyspie Bainbridge. Rejs miał trwać zaledwie 40 minut.

Porty Puget Sound. Zaraz na lewo od Seattle, czerwonym punktem, zaznaczona jest lokalizacja Port Blakely


*
Znacznie większy od „Dixa”, bo mający 1071 ton i mierzący 56,7 metra parowiec „Jeanie” od 1906 roku pływał w barwach Alaska Coast Company pomiędzy portami Puget Sound, a południowo-zachodnią Alaską. Dla oszczędności węgla, statek miał trzy maszty i ożaglowanie szkunera, którymi wspomagał się przy pomyślnych wiatrach.

„Jeanie”


18 listopada o 18:45 dowodzony przez kapitana Philipa H. Masona statek wypłynął z Seattle, kierując się do leżącej na południu Puget Sound Tacomy (widoczna na mapie), gdzie tamtejsza huta czekała na ładunek 400 ton rudy żelaza. Po wyjściu z zatoki Elliot, „Jeanie” płynęła siedmioma węzłami.

*

„Dix” rzucił cumy o 19:00, mając na burcie prawdopodobnie razem 77 pasażerów i członków załogi. Prawdopodobnie, bo nikt we Flocie Moskitów nie sporządzał listy pasażerów przed rzuceniem cum, aby zostawić ją na lądzie. Kapitan Percy Lermond oddał ster w ręce pierwszego oficera Charlesa Dennisona, po czym rozpoczął obchód kabin, żeby ...sprzedawać pasażerom bilety na przejazd. Teoretycznie powinien zajmować się tym intendent, ale na małych jednostkach, gdzie nie było takiego stanowiska, jego obowiązki zwyczajowo - acz wbrew prawu! - pełnił kapitan.



Gdy statek znalazł się na zachód od Alki Point, zarówno wiatr jak i fala były umiarkowane, toteż parowiec bez problemu rozwijał 10,5 węzła. Lermond poszedł do usytuowanej za sterówką kabiny, aby przeliczyć utarg, i przygotować rozliczenie.

Drogi idącego na zachód „Dixa” i kierującego się na południe „Jeanie” zbiegały się mniej więcej o milę od przylądka Duwamish, czyli najbardziej wysuniętego na zachód lądu Alki Point. Pierwszeństwo miał szkuner, z którego uważnie obserwowano mały parowiec. Widząc że może dojść do kolizji, kapitan Mason polecił zwolnić, aby przepuścić „Dixa”. Zmniejszenie obrotów nie odbiło się jednakże natychmiast na szybkości statku, oczywiście.

Na „Dixie” pierwszy oficer nie zrobił nic, nadal płynąc kursem grożącym kolizją. Kapitan Mason wziął tubę i krzyknął „Co do diabła chcecie zrobić?”, po czym trzykrotnie nacisnął przycisk gwizdka – był to międzynarodowy sygnał ostrzegający o zbliżającej się kolizji z prawej strony - przestawiając jednocześnie telegraf maszynowy na całą wstecz i rozkazując wyłożyć ster na prawą burtę.

Wszystko wyglądało tak, jakby Dennison ani nie widział „Jeanie”, ani nie słyszał gwizdka i krzyku Masona. Doprawdy intrygująca sytuacja, zwłaszcza wobec zeznań ocalałych pasażerów z „Dixa”, którzy SŁYSZELI krzyki załogi „Jeanie” i WIDZIELI zbliżające się światła!

Dopiero w ostatniej chwili pierwszy oficer przestawił maszyny na całą wstecz, ale było już za późno na wyhamowanie. W tej sytuacji jedynym dającym cień szansy manewrem byłoby wyłożenie steru maksymalnie w lewo, ale spanikowany Dennison o tym nie pomyślał. Wprawdzie w momencie zderzenia szybkość szkunera była zredukowana prawie do zera, ale wciąż duża szybkość „Dixa” zrobiła swoje. Dziób „Jeanie” uderzył w prawą burtę, tuż za śródokręciem.

No cóż, gdyby szkuner nie miał dziobu mocno poprzez bukszpryt wyniesionego, pewnie nie byłoby tak źle. W tym przypadku jednakże podniesiony dziób z impetem uderzył w górne nadbudówki, powodując gwałtowny przechył „Dixa” na lewą burtę. Przechył tak głęboki, że do wnętrza z miejsca zaczęły się wlewać ogromne ilości wody. Po pięciu minutach „Dix” uwolnił się od dziobu „Jeanie”, gwałtownie wyprostował się, po czym zatonął rufą w głębokiej na 200 metrów wodzie. Zegarek kapitana zatrzymał się o 7:42. Nie było wystarczająco czasu na rozdanie pasów ratunkowych, ani też zwodowania – uszkodzonych zresztą w chwili zderzenia – szalup.

Kapitan Percy Lermond, który znalazł się między ocalałymi, tak potem mówił o tych strasznych chwilach:
„Byłem jak zahipnotyzowany przerażającym widokiem. Światła wciąż się paliły i mogłem zobaczyć ludzi wewnątrz kabin. Na twarzach mieli wyraz nieopisanej rozpaczy... Mężczyźni i kobiety płakali, modlili się i jęczeli, dzieci zawodziły, i słychać było krzyki walczących desperacko, aby wydostać się na pokład”.

Podobną relację złożył Frank Empie z Port Blakely, który w momencie zderzenia znajdował się na dziobie:
„Słyszeliśmy krzyki kobiet i dzieci. Dobiegały z kabin i wąskiego przejścia między relingami oraz kabinami. Powoli krzyki cichły, gdy ciała tych żałośnie błagających o ratunek pogrążały się w wodzie wraz z tonącym statkiem. Tonęli niczym okrętowe szczury”.

Nie uratował się praktycznie nikt z dolnych kabin i maszynowni. Wszyscy poszli na dno wraz ze statkiem, i jedynie ci z górnych pomieszczeń – często wybijając szyby w oknach kabin, aby się z nich wydostać - mieli szansę na znalezienie się w wodzie. Jedyną osobą z dolnych kabin która ocalała, była trzynastoletnia dziewczynka Alice Simpson, której zrządzeniem losu udało się wymknąć ze śmiertelnej pułapki. Alice nie umiała pływać, ale dzięki powietrzu znajdującym się pod obszerną sukienką z niechłonącego wodę materiału, doczekała się ratunku. Wyciągnięto ją z wody nieprzytomną. Opowiedziała później, że towarzyszył jej młody mężczyzna Roland Price, syn kierownika poczty z Port Blakely, który wyciągnął Alice z salonu dla pań, gdzie przeglądała czasopisma. Już będąc w wodzie mógł popłynąć sam w kierunku „Jeanie”, ale zdecydował się pozostać przy potrzebującej pomocy dziewczynce. No cóż, ona uratowała się, a jego ciała nigdy nie odnaleziono.

Kapitan Mason rozkazał opuścić dwie szalupy. Ocenił później, że znalazły się na wodzie dziesięć minut od chwili zderzenia. W tym momencie grupka rozbitków płynęła już co sił w kierunku odległego o 6 mil lądu. Jedną z tych osób był sierżant Frey Greyer, służący kiedyś w armii jako instruktor pływania. Dopiero po przepłynięciu kilkuset metrów zorientował się, że płynie w złym kierunku. Zawrócił i ruszył ku doskonale widocznym światłom „Jeanie”. Po kilku minutach został wciągnięty do szalupy. Następnego ranka łódź z lądu natknęła się na dwóch Filipińczyków – Manuela Repeto i Bazzintię Garcia – którzy przez całą noc bezskutecznie próbowali dopłynąć do brzegu. Można śmiało powiedzieć że ocaleli cudem, w niewytłumaczalny sposób, ponieważ mająca zaledwie dziesięć stopni woda powinna wprowadzić ich wiele godzin wcześniej w śmiertelną hipotermię.

Tak o wrażeniach dotyczących przebywania w zimnej wodzie opowiadał inny rozbitek:
„Przez kilka minut wydających mi się całymi wiekami pływałem w pobliżu, aż uderzyła we mnie fala. Niewiele czasu minęło, gdy zaczęły mi drętwieć kończyny. Stałem się senny, i miałem wrażenie że tracę nad sobą kontrolę. Byłem półprzytomny, ale zdawałem sobie sprawę, że śmierć jest blisko. Zapomniałem o wszystkim. Poruszało mnie w górę i w dół. Nie czułem ani bólu ani zimna, ponieważ byłem zdrętwiały”.

Mężczyzna oceniał że znajdował się w wodzie jakieś dwadzieścia minut, zanim wciągnięto go do szalupy. Jego ocena nie jest jednakże wiele warta, ponieważ znaleziono go nieprzytomnego, uczepionego do fragmentu drewnianego relingu.

Pasażer McBane dopłynął do kamizelki ratunkowej, której uczepił się także inny rozbitek. Oczywiście nie mogła ona utrzymać obu mężczyzn, ale znacznie ułatwiała unoszenie się na wodzie. McBane „zaprosił” do kamizelki jeszcze jednego pasażera, ale ten „całkiem powiedział że w jego oczach Jeanie wygląda znacznie lepiej. Zaraz potem oddalił się, i z pewnością był dobrym pływakiem”.

Załoga „Jeanie” poszukiwała rozbitków przez dwie godziny, unosząc się z prądem aż na 27 mil od Seattle, w pobliże wyspy Whidbey. Kapitan Mason z „Jeanie” i część rozbitków, widzieli inne przepływające w pobliżu statki. Co najmniej jeden z nich zdaniem Masona był w zasięgu głosu, ale nikt na jego pokładzie nie zareagował na wezwania. Z tego to powodu oprócz paru osób którym udało się dopłynąć do brzegu, jedynymi ocalałymi byli ci, których podjęła z wody załoga szkunera.

Spośród 77 osób obecnych na parowcu, życie uratowało tylko 35 osób, w tym kapitan Percy Lermond. Rozbitkowie zeszli na ląd w Seattle, wszyscy mężczyźni, poza Alice Simpson. Wśród ocalałych znajdował się młodzieniec Leonard Masters, którego ojciec utonął dwa lata wcześniej. Tym razem został sierotą całkowitym: jego ojczym utonął, a matką z siostrą nie dały rady opuścić kabiny.

Następnego ranka w rejon kolizji przypłynęło wiele łodzi, ale znaleziono tylko ciało pasażera Alberta McDonalda.

Z Port Blakeley, skąd pochodziła większość pasażerów, wysłano do Seattle parowiec „Florence K”, aby przywiózł rozbitków. O drugiej w nocy keja zatłoczona była ludźmi, mającymi nadzieję zobaczyć swoich najbliższych żywymi. Stojące w porcie statki opuściły do połowy bandery, a port wstrzymał na dwa dni pracę, podobnie jak ogromny tartak. Szkoły zawiesiły lekcje. Większość drzwi w mieście przybrano krepą. Obawiano się o bezpieczeństwo kapitana Lermonda, ponieważ w powszechnym mniemaniu był on winny zderzenia.

Na poszukiwanie kolejnych ciał wysłano holowniki „Tyee” i „Bahada”, ale znalazły one tylko korkowy odbijacz i uszkodzoną kamizelkę ratunkową. Ciała zaginionych pozostały we wnętrzu leżącego na 150 metrach wraku.

„DIX TONIE PO KOLIZJI. 42 NIE ŻYJE. Szaleńcza próba przejścia przed S.S. Jeanie spowodowała przerażającą katastrofę”


*

Sprawa oczywiście trafiła do sądu. 15 grudnia 1906 roku kapitan Philip Mason z „Jeanie” został uwolniony z wszelkich zarzutów. Winnym uznano pierwszego oficera Charlesa Dennisona, nie prowadzącego właściwej obserwacji. Ponadto podczas śledztwa wyszło na jaw, że Dennison miał wprawdzie patent pierwszego oficera, ale nie miał uprawnień pilotowych na wodach Pudget Sound, i dlatego Lermond – który miał taką licencję - bezprawnie postawił go przy sterze! Przy okazji potępiono lokalnych armatorów za nakaz opuszczania mostku przez kapitana zaraz po wyjściu z portu, a to w celu prowadzenia sprzedaży biletów. Oczywiście z obawy przed utratą pracy, żaden z nich nigdy nie protestował przeciwko temu karygodnemu zwyczajowi.

Sąd uznał, że kapitan Percy Lermond naruszył prawo morskie zaniedbując starannej obserwacji, i przekazując ster nieupoważnionej osobie. Ukarano go jednakże tylko rocznym cofnięciem licencji kapitana i pilota. Wprawdzie po tym okresie przywrócono mu oba dokumenty, ale nikt nie odważył się zatrudnić go na jakimkolwiek statku wożącym pasażerów. Do roku 1933 pracował jako kapitan pływającego po Pudget Sound holownika. Zmarł w 1959 w wieku 90 lat.

„Jeanie” przeżyła „Dixa” jedynie o sześć lat. 19 grudnia 1913, płynąc z Seattle na Alaskę, w gęstej mgle statek wszedł na mieliznę wyspy Calvert w cieśnienie Królowej Szarloty (Queen Charlotte Sound). Statek wprawdzie uznano za stracony, ale wszyscy na burcie zostali uratowani przez kanadyjski parowiec „Estevan”.

*

Wrak „Dixa” odnaleziono w marcu 2011 roku. Spoczywa na prawej burcie, z dziobem w kierunku Port Blakely, do którego podążał. Sterówka i znaczna część górnego pokładu są wciąż na swoim miejscu, tak samo dolna część komina. Doskonale widoczna jest pięknie „udekorowana” śruba statku.

Śruba „Dixa”


--

Odpowiedz na tę wiadomość 
 Tematy/Start  |  Wyświetlaj drzewo   Nowszy wątek  |  Starszy wątek 
 Widok z podziałem na strony: strona 46 z 46Strony:  <=  <-  42  43  44  45  46 

 Działy  |  Chcesz sie zalogowac? Zarejestruj się 
 Logowanie
Wpisz Login:
Wpisz Hasło:
Pamiętaj:
   
 Zapomniałeś swoje hasło?
Wpisz swój adres e-mail lub login, a nowe hasło zostanie wysłane na adres e-mail zapisany w Twoim profilu.


© konradus 2001-2018