KARTON CAFÉ   
Regulamin i rejestracja regulamin forum  jak wstawiac grafike, linki itp do wiadomosci grafika i linki w postach

Miejsce na rozmowy o rzeczach niekoniecznie związanych z modelarstwem kartonowym, tzw. "rozmowy kanapowe", ciekawostki, humor itd. Tu można się poznać lepiej i pogawędzić ze sobą.


 Działy  |  Tematy/Start  |  Nowy temat  |  Przejdź do wątku  |  Szukaj  |  Widok bez stronicowania (rolka)  |  Zaloguj się   Nowszy wątek  |  Starszy wątek 
 Widok z podziałem na strony: strona 34 z 37Strony:  <=  <-  32  33  34  35  36  ->  => 
21-10-18 13:15  Odp: TOM 3 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
Akra 

Na Forum:
Relacje w toku - 2
Relacje z galerią - 5


 - 2

Pamiętacie Opowieść 342 „Pływający cyrk”, opisującej m.in. losy słonicy Shirley i jej wzruszające spotkanie po 22 latach z przyjaciółką Jenny?
http://www.konradus.com/forum/read.php?f=17&i=79215&t=79215&filtr=0&page=10

Opublikowana w 2013 Opowieść kończyła się słowami:
„W 2013 roku bardzo popularna w Stanach Shirley obchodziła 65 urodziny, co odnotowała większość amerykańskich gazet. Miejmy nadzieję, że nadal żyje i ma się dobrze...”

Okazuje się, że słonica nadal żyje i w 2018 obchodziła już SIEDEMDZIESIĄTE urodziny!

--

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
08-11-18 11:07  Odp: TOM 3 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
Pit Blank 



Na Forum:
Relacje w toku - 4
Relacje z galerią - 3
Galerie - 2


W Rupieciarni:
Do poprawienia - 1


 - 4

Akra temat do opowiesci wlasnie sie dzieje.
Zderzenie tankowca z okretem norweskim.

Poki co mozna na zywo ogladac co sie dzieje.
https://www.bt.no/nyheter/lokalt/i/zL2WEK/Se-direkte-fra-ulykkesstedet

Na stronie gazety BT.no wiecej zdjeci i artykulow.
https://www.bt.no/nyheter/lokalt/i/p62oaW/Fregatten-er-i-ferd-med-a-kantre---kraftig-slagside

To jakies 30 km ode mnie ;)

--

Post zmieniony (08-11-18 11:13)

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
08-11-18 17:25  Odp: TOM 3 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
Akra 

Na Forum:
Relacje w toku - 2
Relacje z galerią - 5


 - 2

Nieee, za świeże...
Trochę opóźniłem kończenie Opowieści z 1850 roku, bo robiłem korekty - dla siebie i czwórki chętnych - wszystkich dotychczasowych tekstów (patrz wątek „Opowieści bardzo ciekawe, ciekawe…” OFERTA!!! )

Postaram się skończyć i opublikować jutro, a potem zabiorę się za bum! bum! z lat pierwszej wojny światowej.

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
09-11-18 18:10  Odp: TOM 3 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
Akra 

Na Forum:
Relacje w toku - 2
Relacje z galerią - 5


 - 2

Oto dawno już temu zapowiadana Opowieść. Kolejna będzie o wydarzeniach z 1914 roku, i sporo będzie w niej strzelaniny!


Opowieść 513


DLACZEGO PŁASZCZE WODNE BYŁY SUCHE?

Zacznijmy od zdań, które nie bez powodu pokażą się jeszcze raz, na samym końcu Opowieści: Po ukończeniu Kanału Erie z Albany do Buffalo, [stan] Nowy Jork, Jezioro Erie stało się ważnym połączeniem na wodnej trasie dla imigrantów podróżujących ze wschodniego wybrzeża na Środkowy Zachód. 600-tonowy jeziorowy parowiec „G.P. Griffith”, zwodowany w 1847, był jednym z tuzinów zbudowanych, by zarabiać na tej kwitnącej branży.

Kanał Erie otworzono w 1825 roku. Mapa pochodzi z 1840


Poprzez rzekę Hudson łączył on Nowy Jork z Jeziorem Erie, dochodząc do niego w pobliżu Buffalo.



Zbudowany w Maumee, Ohio, bocznokołowiec „G.P. Griffith” miał drewniany kadłub, mierzył 59 metrów i mógł zabrać „kilkuset” pasażerów. 18 kwietnia 1848 roku wraz z parowcem „Troy” statek wszedł na linię Buffalo–Sandusky–Toledo. Dwa ostatnie porty leżą w zachodniej części jeziora, i tam pasażerowie przesiadali się do pociągów jadących albo na południe, albo dalej na zachód. „Griffith” miał także spore ładownie, wypełnienie których rzadko kiedy było trudnym zadaniem: zresztą sporą część ich pojemności zajmowały pokaźne bagaże imigrantów, planujących osiąść na nowych ziemiach. Statek nie miał zbyt wielu pasażerów kabinowych, jako że niewielu było na nie stać – normalnym było, że poza okresem zimowym, imigranci często spali wprost na pokładzie.

„G.P. Griffith”


Wieczorem 17 października 1849 parowiec zderzył się ze szkunerem „California”. „Griffith” odniósł jedynie niewielkie uszkodzenia, za to żaglowiec zaczął nabierać wody. Szybka decyzja jego kapitana pozwoliła wyrzucić statek na brzeg, dzięki czemu nikt na nim nie zginął.

W 1850 „Griffith” zmienił właściciela, którym został teraz mechanik okrętowy David R. Stebbins - to on zaprojektował ten statek i brał aktywny udział przy jego budowie - mający za wspólnika kapitana marynarki handlowej, Charlesa Roby. Oczywistym było, że Roby objął dowodzenie statku, poszerzając jednocześnie listę portów w zachodniej części jeziora, do których chciałby wozić wciąż przybywających do Buffalo imigrantów. Stebbins objął z kolei stanowisko starszego mechanika.

Inauguracyjny rejs pod nowym właścicielem i kapitanem rozpoczął się wczesnym rankiem w niedzielę 16 czerwca 1850 roku. Z tak uroczystej okazji Roby zabrał w rejs teściową, szwagra, żonę, oraz córkę (inne źródło mówi o dwójce dzieci). Poza nimi na statek weszli liczni pasażerowie, głównie imigranci z Anglii, Irlandii, Niemiec i Skandynawii. Pogoda była wspaniała, a humory dopisywały.

Jeszcze tego dnia statek zawinął do Erie, Pensylwania, oraz do Fairport, Ohio, biorąc kolejnych pasażerów. Teraz na burcie było ich… No właśnie, ilu? Można napotkać na różne liczby, ale przyjmijmy za pewną inskrypcją, którą jeszcze poznamy, że było ich „ponad 300”. Jedno z poważniejszych źródeł mówi, iż na statku znajdowało się 321 osób – pasażerów i załogi. Wszyscy pasażerowie płynęli do Cleveland.

Stebbins spędzał w maszynowni mnóstwo czasu, eksperymentując z nowym rodzajem oleju smarnego.

We wczesnych godzinach 17 czerwca „G.P. Griffith” znajdował się około 15 mil od Cleveland, płynąc z prędkością 10 węzłów. Wtedy to właśnie sternik dostrzegł iskry wydobywające się spomiędzy kominów.

Oto fragmenty dwóch zeznań złożonych przed sądem:

Pierwszy oficer Evans: Zawołał mnie drugi oficer mówiąc że mamy pożar. Stwierdziliśmy ogień pomiędzy kominami, a „water jacket”.
[Water jacket – płaszcz wodny – osłona o podwójnych ściankach, między którymi znajduje się woda. Może pełnić funkcję odbiornika ciepła. W tym przypadku chodziło o wypełnione wodą blaszane pojemniki, które otaczając wychodzące z kotła i idące do komina rury, nie dopuszczały do ich przegrzania].
I dalej Evans: Pomagałem potem stłumić ogień, ale szybko doszliśmy do wniosku, że jest to niemożliwe. Statek kierował się ku lądowi, uderzył w bar [bar – piaszczysty próg] około 20 prętów [około 100 metrów, ale inne źródła mówią o 200, a nawet 900 metrach] od brzegu. Płomienie natychmiast objęły cały statek. Do tej pory [tylko] dziób nie był w ogniu. Zawsze myśleliśmy że statek jest dobrze (albo tak dobrze jak każdy inny na jeziorze) jest zabezpieczony przed ogniem.

Starszy mechanik Stebbins: Miałem służbę, zajmowałem się na wachcie maszyną. Właśnie ją oliwiłem. Nie widziałem ognia, zanim drugi oficer nie podniósł alarmu. Potem wykryłem ogień pod pokładem (pod głównym pokładem, jak sądzę) zaglądając przez dwa wywiercone [w szocie] otwory. W mniej niż trzy minuty podłączyliśmy węże. Nie minęło więcej niż dziesięć minut, gdy ogień wydostał się na zewnątrz. Jestem współwłaścicielem statku i wierzę, że był dobrze zabezpieczony przed ogniem. Ciężko mi sobie wyobrazić, w jaki sposób w pobliżu ładowni wybuchł pożar. Sadzę że było [na statku] 250 pasażerów i 26 członków załogi.

Łodzie przygotowano do zwodowania, ale nie mogły pójść w dół gdy statek poruszał się, ponieważ on [kapitan] wiedział, że zostaną zalane i staną się bezużyteczne. Kiedy przyszedł czas na opuszczanie łodzi ogień tak szybko się rozprzestrzeniał, że nie można było do nich dojść.



Krótko potem w gazecie Toledo Blade ukazał się interesujący artykuł o przeszłości kapitana Roby’ego. Okazało się, że jakby przyciągał pożary na statkach, którymi dowodził! Pierwszą taką jednostką był parowiec „Indiana”, który spalił się doszczętnie w Perrysburgu, a z kolei na rok przed wejściem na „Griffitha” dowodził szkunerem „Defiance”, któremu niewiele brakowało, aby cały spłonął. Cóż za dziwne fatum!

Gazeta pisała dalej:
„Ogień pojawił się najpierw w skrzyniach pomiędzy kominami. Dla jakichś celów nie były one wypełnione wodą, ale gliną [prawdopodobnie glina jedynie uszczelniała jakieś miejsca przecieków]. Kiedy wykryto ogień, statek znajdował się o trzy mile od brzegu. Jeszcze przed obudzeniem pasażerów, załoga na próżno chciała go ugasić. Kiedy w końcu ich [pasażerów] obudzono, nie było już nadziei na uratowanie statku, który płynął w kierunku lądu. Kapitan i załoga byli pewni, że uda się uratować wszystkich. Był to powód, dla którego nie obsadzano szalup.

Kapitan zebrał rodzinę składającą się z żony, dziecka i matki [żony]. Córkę Abby oddał pod opiekę [pasażerowi Danielowi] Donovanowi, a matkę [teściową] jej synowi Wilkinsonowi [szwagrowi kapitana], samemu zamierzając ratować żonę.

Czekali przy burcie na podejście statku do lądu, żeby wyskoczyć do wody. Niestety o pół mili od brzegu, parowiec uderzył w mały piaszczysty bar. Obracając się na nim, statek ustawił się burtą do wiatru, co spowodowało rozszerzenie się pożaru na całą jego długość.

Starszy mechanik stwierdził że nie da się zatrzymać maszyny. Ścigani przez ogień pasażerowie zaczęli grupami skakać do jeziora, [chwytając i] topiąc się nawzajem. Koła wciąż się obracały. Nikt nie wrzucał do wody pływających elementów statku.

Kapitan pozostawał na statku aż do chwili gdy miał wybór albo zginąć w płomieniach, albo wyskoczyć do wody. Potem [kapitan i jego rodzina] skoczyli do wody. Młody Wilkinson z matką, Donovan z Abby, i wreszcie kapitan z żoną.

Henry Wilkinson powiedział że matka wyślizgnęła mu się z rąk i utonęła. Widząc że nie może jej pomóc, popłynął do brzegu, dokąd dotarł skrajnie wyczerpany. Donovan przepłynął część drogi z Abby aż do chwili gdy zorientował się, że dziewczynka jest martwa. Wypuścił ją rąk, po czym uchwycił się płynącego przed nim mężczyzny. Ten odezwał się: „Donovan – jeśli będziesz się mnie trzymał, i tak nie uratujemy się. Jestem bardzo zmęczony”. [Donovan] szlachetnie puścił go, i zniknął pod powierzchnią wody.

Widziano kapitana Roby, jak utonął z żoną w objęciach, ale znalezione później ciała były rozłączone. Kapitan nie był dobrym pływakiem. Niewielkie wątpliwości są co do losów pani Studdiford. Nie widziano jej poza kabiną i prawdopodobnie zginęła w płomieniach. Wypalony wrak pokrywało mnóstwo kości. Pan Stebbins - mechanik – wyskoczył za burtę krótko po wejściu na mieliznę i dopłynął do brzegu”.

Woda miała w tym miejscu głębokość raptem 2,5 metra ale niestety większość pasażerów nie umiała pływać. W panice chwytali się w wodzie jeden drugiego, ciągną się nawzajem w dół. Według prasy wielu utonęło, mając na sobie ciągnące ich pod wodę pasy z monetami i złotem. W rzeczywistości jednak, tylko jedno ze znalezionych ciał było obciążone takimi skarbami. Odnotowano, iż do końca na mostku stał sternik Richard Mann, który zginął w płomieniach.

Jeden z marynarzy który dopłynął do brzegu, jakimś cudem natknął się na łódkę. Powrócił z nią pod płonący parowiec, wyciągając z wody kilku rozbitków.

Niezwykłe były z kolei okoliczności uratowania się doktora Reeda, pasażera. Po zatrzymaniu się statku na „barze” wyskoczył z dziobu do wody i – pomimo że nigdy w życiu nie przepłynął nawet kilku metrów – dotarł do brzegu! Dlaczego zdecydował się na skok, wiedząc że nie umie pływać? Powiedział później dziennikarzom że skoro innym się to udało, to dlaczego także i on nie miałby tego dokonać?

Kolejny z pasażerów, Holley, rzucił się do wody trzymając w ręce pas z zaszytymi 3200 (aż!) dolarami. W drodze pas wypadł mu z ręki, ale Holley zanurkował, i znalazł go! Po chwili jednakże stracił pas ponownie i tym razem nie mógł go zlokalizować. Przygnębiony – doskonały swoją drogą pływak - dotarł na plażę, na której wylądował po chwili inny rozbitek, który płynąc za nim widział co się dzieje, i odnalazł pas na dnie! Uszczęśliwiony Holley wręczył mu 300 dolarów nagrody, co dla tamtego, pozbawionego w jednej chwili całych życiowych oszczędności człowieka, było niczym gwiazdka z nieba.

Uratowało się także mniej więcej trzyletnie niemieckie dziecko. Nikt z jego bliskich nie ocalał.

*

Następnego dnia policzono żywych. Spośród 321 (prawdopodobnie) osób na pokładzie, życie ocaliło zaledwie 37, w tym tylko zaledwie jedna kobieta, żona statkowego fryzjera. Zginęły także wszystkie dzieci, poza owa trzylatką. W masowym grobie pochowano wyrzucone na ląd ciała 24 kobiet, 47 mężczyzn i 27 dzieci. Później pochowano także dużą liczbę spalonych lub nadpalonych kości, znalezionych na wypalonym wraku.

Co było przyczyną pożaru?

Prawdopodobnie winne było zaniedbanie, polegające na braku wody w pojemnikach „water jacket”. Nie odbieranie rosnącej temperatury wychodzących do komina rur mogło spowodować nadmierne ich przegrzanie. Pojawiła się także teoria, że zawiniły tu eksperymenty Stebbinsa z olejem smarnym. Późniejsze testy wykazały, że miał on bardzo niską temperaturę zapłonu. W końcu ogłoszono jednakże, iż przyczyny pożaru pozostały nieznane. Sądzę jednakże że to suche „water jacket” były jego przyczyną. Dlaczego były suche? No cóż, kapitan Roby nie mógł się na ten temat wypowiedzieć…

W 2000 roku w pobliżu miejsca tragedii postawiono tablicę o treści:
Po ukończeniu Kanału Erie z Albany do Buffalo, [stan] Nowy Jork, Jezioro Erie stało się ważnym połączeniem na wodnej trasie dla imigrantów podróżujących ze wschodniego wybrzeża na Środkowy Zachód. 600-tonowy jeziorowy parowiec G.P. Griffith, zwodowany w 1847, był jednym z tuzinów zbudowanych by zarabiać na tej kwitnącej branży. 17 czerwca 1850 Griffith, wypływający z ponad 300 pasażerami w trzydniowy rejs z Buffalo do Toledo, stanął w płomieniach i spalił się około 220 jardów od tego miejsca. Wielu spośród Niemieckich, Angielskich, Irlandzkich i Skandynawskich kolonistów miało zaszyte w ubraniach pieniądze, a kilku z nich dotarło do brzegu. Współczesne kalkulacje podają 286 ofiar. Większość pochowano we masowym grobie na plaży, później pochłoniętej przez jezioro Erie. Przypadek Griffitha pozostaje jedną z najgorszych morskich katastrof na Wielkich Jeziorach.



--

Post zmieniony (10-11-18 11:03)

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
10-11-18 06:08  Odp: TOM 3 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
IJN Łukasz 



Na Forum:
Relacje w toku - 2
Galerie - 12


W Rupieciarni:
Do poprawienia - 1
 

Cześć Akra, mam wrażenie, że trochę z datami poszalałeś.
Ale jak zwykle przeczytałem od dechy do dechy.
Zdrów.

--
Optymista myśli, że świat stoi do niego otworem,
Pesymista wie co to za otwór ...

P.s Zmienność decyzji świadczy o ciągłości dowodzenia.

W stoczni: IJN Ise , IJN Hiei

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
10-11-18 10:55  Odp: TOM 3 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
Akra 

Na Forum:
Relacje w toku - 2
Relacje z galerią - 5


 - 2

Och, sto lat w tę, sto lat w tamtą... :-)

Oczywiście zmieniłem 1949 i 1950 na właściwe, a dodatkowo poprawiłem 200 na 2000. Dzięki za zwrócenie uwagi!

Post zmieniony (10-11-18 11:01)

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
07-12-18 11:27  Odp: TOM 3 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
Akra 

Na Forum:
Relacje w toku - 2
Relacje z galerią - 5


 - 2

Miała być Opowieść z I wojny, ale zmieniłem zdanie. Obecnie jestem w połowie dłuuuuuugiej Opowieści o MUSASHI, dużo mniej znanego od swego ciut starszego brata. Będą bardzo interesujące, liczne ilustracje! Jeszcze tylko parę dni...

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
07-12-18 14:40  Odp: TOM 3 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
Ryszard 



Na Forum:
Relacje w toku - 22
Galerie - 22


 - 9

Odwiedziłem sopocki antykwariat i gdy zobaczyłem okładkę od razu przypomniała mi się Twoja opowieść o tym "matrose" i jego okręcie.

Pasjonująca lektura ! Polecam !

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
07-12-18 21:07  Odp: TOM 3 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
Akra 

Na Forum:
Relacje w toku - 2
Relacje z galerią - 5


 - 2

Ach tak!
Opowieść 402 FRANCUSKI KRĄŻOWNIK, JEGO POGROMCA I …RODZINNY ZESPÓŁ MUZYCZNY. Nie miałem pojęcia o tej książce! Spróbuję ją jakoś kupić.

Przy okazji: historia Musashi ładnie mi się rozwija, postaram się ja skończyć jutro-pojutrze. Okręt - o dziwo - jest mało znany, więc sam czytam z ciekawością, co napisałem :-)

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
13-12-18 14:38  Odp: TOM 3 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
Akra 

Na Forum:
Relacje w toku - 2
Relacje z galerią - 5


 - 2

Opowieść 514


ZAGŁADA OLBRZYMA


Każdy choć trochę interesujący się historią drugiej wojny światowej, słyszał o ogromnym japońskim pancerniku „Yamato”, i jego szaleńczej samobójczej szarży w kwietniu 1945 roku. W cieniu tego fenomenalnego okrętu znalazły się pozostałe jednostki z tej serii.

Przeczytajmy, co o okrętach tego typu napisał w swej znakomitej książce „YAMATO. The glorious way to die” amerykański autor Russel Spurr:

*
Plany nienazwanego dotychczas superpancernika ukończono w lipcu 1936 roku, po długich namysłach nad silnikami. Projektanci faworyzowali nietypową kombinację turbin i silników Diesla, każdy napędzający dwie śruby. Diesle dawały ekonomiczne zużycie paliwa podczas dalekich rajdów, turbiny miały wykazać się w trakcie bitwy. Ostateczna decyzja zapadła kilka tygodni później, kiedy to wykryto zasadnicze błędy w konstrukcji japońskich diesli. Maszynownie miały być jednakże tak wciśnięte pomiędzy dwudziestocentymetrowy pancerz, że wykluczało to jakiekolwiek istotne korekty. Zdecydowano zatem wrócić do starych, niezawodnych turbin. W marcu 1937 roku przedłożono robocze rysunki, dwudzieste trzecie w ciągu trzech lat. Zostały one szybko zaakceptowane i stocznia w Kure rozpoczęła prace.

Specyfikacje oszałamiały. Nowy okręt miał mieć 71.659 ton wyporności bojowej i trzy wieże artylerii głównej o wadze 2.730 ton każda – tyle, co wielki niszczyciel. Działa kalibru 457 mm miały strzelać półtoratonowymi pociskami na 42 kilometry. Ich niesamowity podmuch powodowałby, że łodzie nie mogły być przewożone na otwartym pokładzie (umieszczono je w rufowym hangarze, razem ze złożonymi samolotami). Przy każdej salwie, obsługa artylerii przeciwlotniczej na eksponowanych stanowiskach byłaby wręcz przypiekana, a podmuch zdzierałby z niej ubranie i zwalał nieprzytomnych. Dlatego też, kiedy to w trakcie wojny przybywało coraz więcej i więcej stanowisk przeciwlotniczych, umieszczano je grupami na śródokręciu. Popełniono wielki błąd. Pojedyncze trafienie w zatłoczoną przestrzeń mogło spowodować rzeź.

Artylerię pomocniczą, składającą się z dwunastu dział 155 mm w potrójnych wieżach, pierwotnie zaplanowano dla lekkich krążowników typu Mogami. Dwie spośród wież zdjęto podczas wojny, robiąc miejsce dla dwudziestu czterech uniwersalnych dział przeciwlotniczych 127 mm, zgromadzonych w sześciu podwójnych wieżach po każdej burcie. Główne zadania przeciwlotnicze wyznaczono karabinom maszynowym, wolno strzelającym francuskim Hotchkissom, nie mającym realnej wartości bojowej. Ostatecznie zamontowano 98 potrójnie sprzężonych sztuk.

Zamontowano najcięższy pancerz z dotychczas instalowanych na jakimkolwiek okręcie. Tworzył on rodzaj opancerzonego pudełka wokół witalnych części okrętu: sekcji śródokręcia zawierających 12 siłowni i kotłowni, pokrytych z góry pancerzem 200 mm, mającym wytrzymać uderzenie 1130-kilogramowej przeciwpancernej bomby zrzuconej z wysokości ponad 3 kilometrów. Stalowa płyta grubości 420 mm tworząca uskok na zewnątrz kadłuba, ścieniała się sześć metrów poniżej linii wodnej do 100 mm. Grubszy pancerz ochraniał maszynę sterową i pomocniczy ster. Perforowana stal gruba na 380 mm okrywała podstawę komina, okrytego chroniącym przed bombami 50 mm pancerzem. Osłona części podwodnej przed trafieniami rozciągała się wzdłuż potrójnego dna, poniżej komór amunicyjnych. Do tych celów potrzebowano tak wiele stali doskonałej jakości, iż japoński przemysł stalowy otrzymał na swój rozwój sumę równą 10 milionom dolarów.

Kadłub, z pięcioma pokładami, podzielono na 1.147 wodoszczelnych komór, większość z nich pod opancerzonym pokładem. Przed akcją zamykano drzwi, aby uchronić przedziały przed zalaniem, niezależnie od bezpieczeństwa zamkniętej w środku załogi. Zapożyczonym od Brytyjczyków fatalnym pomysłem podzielono okręt od dziobu od rufy podwójnymi grodziami. Projektanci rozwinęli także skomplikowany system zaworów, pompujących wodę w puste „bąble” przeciwtorpedowe, otulające opancerzony pas wzdłuż linii wodnej. Komory w tych bąblach mogły zostać wypełnione wodą tak, aby zrównoważyć przechył po drugiej stronie. Jeśli dla przykładu seria trafień przechyliła okręt na lewą burtę, wpompowywano wodę od odpowiednich przestrzeni burty prawej. Była to pomysłowa idea, w każdym razie na papierze.

Najbardziej praktyczną innowację stanowiła wielka gruszka dziobowa, redukująca opór kadłuba. Przeprowadzono wiele testów modelowych w eksperymentalnych basenach największego w Japonii Morskiego Instytutu Badawczego w Tokio. Z wyliczeń wynikało zmniejszenie średniego oporu o 8,2 procent przy testowej szybkości 27,46 węzła. Dawało to zasięg 7.200 mil przy ekonomicznej szybkości 16 węzłów. Taki sam dziób stał się obowiązkowy w superzbiornikowcach budowanych w powojennej Japonii.

Prace na trzech pierwszych pancernikach rozpoczęto mniej więcej w rocznych odstępach. Stępkę „Yamato” położono w 1937 roku w Kure, siostrzanego „Musashi” w stoczni Mitsubishi w Nagasaki w roku następnym i wreszcie „Shinano” w stoczni marynarki wojennej w Yokosuka niedaleko Jokohamy. Nadal obowiązywała tajemnica. „Yamato” nabierał kształtów w specjalnie zbudowanym suchym doku ukrytym za zasłoną z mat bambusowych. Wszedł do służby bez fanfar kilka dni po Pearl Harbor. „Musashi” budowano na zwykłej ale solidnie wzmocnionej pochylni za zasłoną z lin, których użyto tak wiele, iż japońskim rybakom jeszcze przez całe miesiące brakowało sieci. Na dobę przed wodowaniem policja oczyściła ulice Nagasaki i aresztowała ludzi podejrzanych o to, że kręcąc się, chcieli rzucić okiem na potężny kadłub zjeżdżający hałaśliwie na wodę, tworząc przy tym niewielką falę przyboju. Obyło się bez orkiestr, flag ani też, naturalnie, sprawozdań w japońskiej prasie.

Dwa pozostałe okręty typu Yamato, numery 111 i 797, nigdy nie wyszły poza zamówienie. Budowę kolejnych dwóch (jeszcze większych) pancerników, numer 798 i 799, planowaną w ramach programu z 1942 roku, anulowano wraz z dwoma krążownikami pancernymi typu B-65. Krążowniki te, o numerach 795 i 796 miały być szybszą i mniejszą wersją „Yamato”. W tym czasie bardziej już potrzebowano lotniskowców, niż tych kosztownych „białych słoni”. Jedną z najbardziej gorzkich ironii morskiej historii stał się fakt, iż jeszcze przed oddaniem „Yamato” do służby, lotniczy atak na Pearl Harbor uczynił pancerniki konstrukcjami przestarzałymi. Zniszczenie pancernych sił amerykańskiej Floty Pacyfiku przez japońskie samoloty startujące z lotniskowców, nieodwołalnie zmieniło charakter morskich wojen. Od tej chwili na morzu panował lotniskowiec.

Odejście pancerników od głównej roli ostatecznie zdecydowało o przebudowaniu gotowego w połowie „Shinano” na lotniskowiec [vide Opowieść 107]. Jego kadłub ukończono do pokładu otwartego w chwili klęski japońskiej floty w decydującej bitwie lotniskowców pod Midway. Marnowano cenny czas w kłótniach nad planami przeróbki. Ostateczny kompromis dał w rezultacie okręt będący ogromnym okrętem wsparcia lotniczego. Hybryda o wyporności 70.755 ton szczyciła się opancerzonym pokładem, ogromnymi zbiornikami paliwa i amunicji, ale miała zaledwie 47 samolotów do swojej obrony.

Ten chybiony pomysł nie przeżył na morzu nawet 24 godzin. W trakcie przejścia ze stoczni w Yokosuka do Kure, celem prowadzenia dalszych prac wyposażeniowych, 29 listopada 1944 roku, “Shinano” został zatrzymany przez amerykański okręt podwodny “Archerfish”. Jego dowódca wystrzelił w ciemności sześć torped do ogromnego, zygzakującego celu, a następnie zanurzył się celem uniknięcia kontrataku. Wszystko co słyszał, to głośne eksplozje, gdy torpedy trafiły do celu, co wystarczyło do zgłoszenia zatopienia wielkiego, acz niezidentyfikowanego okrętu. Co zatopił, było tajemnicą do końca wojny. Dopiero wtedy odkryto także, iż najważniejszym ładunkiem gigantycznego lotniskowca było 50 „Okha” - latające bomby kamikaze.

*

Okręty typu Yamato zachwycały pięknymi liniami


Dziś poznamy losy „Musashi”.

Dzień wodowania: 1 listopada 1940. Nagasaki. Od rana stocznię i okolice patroluje 1800 policjantów, funkcjonariuszy Kempeitai (znana z brutalności policja wojskowa) oraz marynarze z korpusu w Sasebo. Jeśli natkną się na kogoś, kto nie ma dokumentu usprawiedliwiającego jego obecność w zamkniętym rejonie, biada mu!

Aż do momentu wejścia pancernika do służby, we wszystkich dokumentach występuje jako „Okręt nr 2”. Zaraz po zwodowaniu potężnego kadłuba, przy jego boku postawiono pasażerski liniowiec „Kasuga Maru”, później przebudowany na lotniskowiec eskortowy „Taiyo”,i przekazany Cesarskiej Marynarce we wrześniu 1941 roku. Zadaniem statku było zasłonięcie „Okrętu nr. 2” przed nieupoważnionymi oczami. Po kilku kwadransach pancernik stanął przy kei wyposażeniowej, wciąż z „Kasuga Maru” przy burcie.

1 lipca siedem holowników zaciągnęły go do stoczni w Sasebo, gdzie w suchym doku zamontowano stery oraz śruby, a następnie pomalowano podwodną część kadłuba. Dokładnie po miesiącu „Okręt nr 2” popłynął, znowu na holu, z powrotem do Nagasaki. 8 grudnia na pancerniku pojawiły się wieże artylerii ciężkiej, dla podtrzymania tajemnicy okryte brezentami.

18 kwietnia 1942 roku nastąpił pierwszy lotniczy atak na Tokio, dokonany przez grupę komandora porucznika Doolittle’a. Akcja ta uświadomiła Japończykom, że ich porty i stocznie nie są zupełnie bezpieczne. Z tego to powodu na „Okręt Nr. 2” weszła szkieletowa obsada oficerska, oraz mnóstwo ludzi do obsługi artylerii przeciwlotniczej. Od 20 kwietnia znajdowali się już tam na stałe.

7 maja dołączyła do nich załoga. Po trzynastu dniach okręt wyszedł w drogę do Kure – po raz pierwszy o własnych siłach – mając na burcie 1700 członków załogi, oraz aż 1500 inżynierów i robotników stoczniowych ze stoczni Mitsubishi. Do składającej się z dwóch niszczycieli eskorty, wkrótce dołączyły także dwa wodnosamoloty z bazy w Sasebo. Podczas przemarszu, po raz pierwszy otworzono – w ramach ćwiczeń – ogień z potrójnych działek 25 mm.

W Kure kontynuowano wyposażanie okrętu i oczyszczono spód kadłuba, po czym ponownie go pomalowano. 22 czerwca „Okręt nr 2” wyszedł w morze na próbę szybkości. Wypierający wtedy dokładnie 70.358 ton i mający maszyny o mocy 167.310 KM okręt osiągnął 28,05 węzła.

24 lipca nastąpiło kolejne wyjście w morze, tym razem z zadaniem sprawdzenia m.in. artylerii głównej. Wpływ gorąca i podmuchu na żywe organizmy przy wystrzale sprawdzono, rozstawiając na pokładzie i nadbudówkach liczne klatki ze świnkami morskimi.

5 sierpnia 1942 w Kure, „Okręt nr 2” otrzymał wreszcie oficjalnie nazwę „Musashi”, chociaż zgodnie z japońskim zwyczajem, nie namalowano jej na kadłubie.

„Musashi”. Sierpień 1942


Pomimo że długo i skutecznie ukrywano istnienie ogromnego pancernika, w końcu wiadomość o nim dotarła do Amerykanów. 8 września wywiad marynarki w Pearl Harbor wysłał do dowództwa krótką wiadomość: „Nowy pancernik MUSASHI prawdopodobnie dołączył do floty”.

No cóż, jeśli ktoś na pokładzie pancernika marzył o wejściu do boju, to mógł czuć się zawiedziony. Kolejne miesiące upływały na ciągłych, głównie artyleryjskich ćwiczeniach, oraz tych związanych z pracą z radarem. Okręt często przemieszczał się z bazy do bazy, za każdym razem urządzając po drodze strzelaninę. 28 października ćwiczenia odbyły się na wyjątkowo dużą skalę, jako że wraz z „Musashi”, udział w nim wzięły także pancerniki: „Nagato”, „Ise”, „Hyuga”, „Fuso” oraz „ Yamashiro”, plus oczywiście okręty osłony.

Dopiero 22 stycznia 1943 roku superpancernik zbliżył się do teatru działań wojennych, rzucając kotwicę w lagunie wyspy Truk. Amerykanie byli czujni: już następnego dnia ich wywiad podał, iż „Nowy pancernik MUSASHI z 10 Dyw Nisz (10 Dywizjon Niszczycieli) przybył 23 z Cesarstwa [w sensie główne wyspy Japonii] do Truk”.

Mijały tygodnie, a „Musashi” – chyba uznany za zbyt cenny, aby ryzykować jego utratę w boju! – nadal nie miał okazji pokazać swoich możliwości.

Po amerykańskim desancie na Attu (jedna z Wysp Aleuckich), zdecydowano o wycofaniu floty z Truk na wody ojczyste, aby stamtąd wyprowadzić potężny kontratak. 17 maja 1943 wypłynęła do bazy w Yokosuka prawdziwa armada składająca się z:
- pancerników „Musashi”, „Kongo” i „Haruna”
- lotniskowca „Hiyo”
- krążowników „Tone” i „Chikuma”
- niszczycieli „Ariake”, „Shigure”, „Hatsuzuki” i „Susutsuki”.
Na pokładzie „Musashi” wieziono urnę z prochami zestrzelonego przez Amerykanów nad Bougainville (Wyspy Salomona) admirała Isoroku Yamamoto.

Po drodze, 20 i 22 maja, zespół dostrzegły amerykańskie okręty podwodne „Sawfish” i „Trigger”, ale przeciwnik znajdował się zbyt daleko, aby można było pokusić się na atak.

22 maja wieczorem okręty weszły na wody Zatoki Tokijskiej, po czym rzuciły kotwice w pobliżu portu Kisarazu, leżącym o kilkadziesiąt kilometrów na północny wschód od bazy w Yokosuce. Wieczorem na „Musashi” odbyła się buddyjska ceremonia ku czci Yamamoto. Następnego ranka urnę uroczyście przeniesiono na niszczyciel „Yugumo”, który zawiózł ją do Tokio, gdzie odbył się uroczysty państwowy pogrzeb.

Kondukt pogrzebowy Yamamoto. Lawetę z urną ciągnęli marynarze


Po tym wszystkim zespół przeszedł do Yokosuki gdzie czekały już trzy lotniskowce, trzy ciężkie i dwa lekkie krążowniki. Potężna armada miała być użyta w celu zaatakowania Amerykanów pod Attu, ale ponieważ w międzyczasie wyspa padła, akcję odwołano.

Załoga „Musashi” po raz kolejny z trudem hamowała rozczarowanie. Ożywienie przyniósł dopiero 23 czerwca, kiedy to pospiesznie malowano świeżą farbą co tylko się dało. O co tu chodzi?

Odpowiedź przyniósł kolejny dzień. Okręt wizytował cesarz Hirohito! Sam boski cesarz! Podniecenie ogarnęło wszystkich, od najwyższych oficerów poczynając, na praczach i kucharzach kończąc.

Cesarz w białym mundurze oficera marynarki, dokładnie pośrodku pierwszego rzędu (dziewiąty i od lewej, i od prawej). Zaszczytu wspólnej fotografii dostąpili tylko najwyżsi rangą oficerowie


Hirohito nie przybył oczywiście sam. Towarzyszył mu potężny orszak w skład którego wchodził cesarski brat książę Takamatsu Nobuhito, Lord Strażnik Tajnej Pieczęci markiz Kido Koichi, minister marynarki admirał Shimada Shigetaro, szef sztabu marynarki admirał Nagano Osami i kilka innych osób, z których najmniejszą rangę miał również nie byle kto, bo sam Cesarski Szambelan, admirał Hyakuate Saburo. Wspaniałych gości podejmował na superpancerniku dowódca Połączonej Floty - czyli cesarskiej marynarki – admirał Mineichi Koga.

Po uroczystym obiedzie, Jego Cesarska Mość raczył odwiedzić kwatery załogi, oraz centralę obrony przeciwlotniczej na górnym mostku. Nie kosztowało go to zbyt wiele wysiłku, ponieważ prowadziła tam winda z głównego pokładu.

Na początku lipca 1943 roku okręt wszedł na dok w Kure. Oczyszczono i pomalowano kadłub, a oprócz tego zrobiono coś, co było wynikiem zebranych do tej pory doświadczeń: bulaje znajdujące się do 5 metrów powyżej linii wodnej dla okrętu z maksymalnym obciążeniem, zostały solidnie zaspawane.

5 sierpnia „Musashi” ponownie pojawił się w Truk, gdzie tym razem nie pozwolono załodze – a przynajmniej jej części – obijać się. Marynarzy zatrudniono przy zakładaniu plantacji warzyw na leżącej w atolu wyspie Fefan, a kilkuset innych pomagało budować pas lotniczy na wyspie Param.

15 lutego 1944 okręt powrócił do Yokosuki, wciąż nie oddawszy ani jednej salwy w kierunku wroga! Po miesiącu otrzymał za to bardzo nietypowe, jak na pancernik, zadanie. 15 lutego wieczorem rozpoczęto ładowanie zaopatrzenia dla garnizonu na Palau, wyspie leżącej na północ od zachodniego krańca Nowej Gwinei. Na rufowy pokład załadowano około 40 cieżarówek Isuzu i Nissan. Przyjęto także kraty z 60 i 250-kilogramowymi bombami lotniczymi, a także torpedy, skrzynie z przeciwlotniczą amunicją kalibru 12,7 mm oraz miny. Pod pokładem rozmieszczono beczki z benzyną. Załadunek zakończono po dziewięciu dniach.

Na zaopatrzeniu nie poprzestano. Na okręt weszło 300 przeciwlotniczych artylerzystów z Marynarki, 100 żołnierzy piechoty oraz spora grupa oficerów Marynarki, wyznaczonych do służby na Palau.

27 lutego amerykański wywiad rozesłał następującą informację: „MUSASHI przybył do Palau 27 lut 44 przywożąc 3800 min”.

29 marca uznano, że stojąc w Palau, „Musashi” jest narażony na spodziewany lotniczy atak, w związku z czym okręt wyszedł tego samego dnia w morze, w towarzystwie krążowników i niszczycieli.

O 17:44 w okręt trafiła jedna z sześciu torped, wystrzelonych przez USS „Tunny”! Wyrwała ona z lewej strony dziobu dziurę o średnicy około 6 metrów. Zalane zostały pomieszczenie windy kotwicznej oraz przedział hydrofonów. Zginęło przy tym 18 ludzi, w tym 7 operatorów hydrofonu. Okręt wziął ponad 2500 ton wody, ale pomimo tego kontynuował marsz, robiąc 24 węzły.

USS „Tunny” przysporzył superpancernikowi pierwszych strat


Kontratak dokonany przy użyciu 38 bomb głębinowych przez niszczyciele „Urakaze” i „Isokaze” okazał się nieskuteczny.

Po prowizorycznym uszczelnieniu rozbitych przedziałów, w asyście trzech niszczycieli, „Musashi” skierował się do Kure. Przybył tam 3 kwietnia, dzień po tym, jak Amerykanie rozszyfrowali przechwyconą wiadomość: „Panc Musashi storpedowany 29, trafienie we wręgi od 12 do 40. Główne wały napędowe ---- nie można użyć --- niejasne, poza tym bez uszkodzeń. Prośba o aranżacje dla dokonania natychmiastowej inspekcji i napraw na przyjście do portu”. Kreski oznaczały nieczytelne słowa.

Po zacumowaniu, z zalanego przedziału hydrofonów wydobyto zwłoki poległej tam siódemki marynarzy.

W czasie postoju na doku 10-27 kwietnia nie poprzestano jedynie na naprawie kadłuba. Okręt otrzymał wiele dodatkowych działek przeciwlotniczych. Zdemontowano także znajdujące się na śródokręciu po obu burtach dwie trójdziałowe wieże 155 mm, wstawiając w ich miejsce po trzy trzylufowe działka 25 mm. Zamontowano także radary do wykrywania celów morskich i powietrznych, ale daleko im było do klasy podobnych urządzeń używanych w US Navy.

Początkowo superpancerniki miały stosunkowo niewiele artylerii przeciwlotniczej, co zwłaszcza dobrze widać na rzucie z góry


Amerykanie nadal śledzili ruchy olbrzyma. 14 kwietnia wywiad poinformował: „Są dowody na to, że naprawy MUSAHI mogą zostać ukończone 30 kwietnia”.

Wiadomość był perfekcyjnie dokładna, bowiem 1 maja okręt wyszedł z Kure do portu w Saeki, skąd wyszedł dziesięć dni później, znowu jako transportowiec, załadowano bowiem na niego zaopatrzenie dla garnizonu na Okinawie. „Musashi” zjawił się tam już następnego dnia, i po pospiesznym rozładunku, o 18:45 wyszedł w morze.

16 maja pancernik stanął na kotwicowisku Tawitawi, w południowej części Morza Sulu, sąsiadującego z Filipinami. W pobliżu stał już jego starszy brat, „Yamato”. Krótko potem wiceadmirał Jisaburo Ozawa sformował Flotę Operacyjną, w skład której weszły oczywiście również oba giganty. 2 czerwca odbyły one ćwiczenia w dalekim strzelaniu. Z każdego działa głównego kalibru wystrzelono po dwa pociski. Przeprowadzona następnego dnia przez oficera artyleryjskiego „Musashi” analiza wykazała, że pociski miały zdecydowanie zbyt wielki rozrzut!

Tydzień później oba superpancerniki w towarzystwie krążownika i zaledwie trzech niszczycieli popłynęły w kierunku wyspy Biak, leżącej tuż na północ od północnych brzegów Nowej Gwinei. Celem operacji „Kon” miało być wsparcie artyleryjskie jej obrońców.

Po drodze zespół został zaatakowany przez USS „Harder”, ale jego trzy wystrzelone w kierunku niszczyciela „Okinami” torpedy zostały wymanewrowane. Do znikającego pod wodą peryskopu okrętu podwodnego zdążyła otworzyć ogień wieża 127 mm „Musashi”, ale oba pociski chybiły.

12 czerwca, wobec inwazji Amerykanów na Mariany, odwołano – choć formalnie jedynie zawieszono – operację „Kon”. W zamian Japończycy postanowili przeprowadzić zdecydowaną operację przeciwko siłom inwazyjnym wroga, aby doszczętnie je zniszczyć. 16 i 17 czerwca flota wyruszyła ku Marianom. Po dwóch dniach część okrętów otworzyła ogień do samolotów które nie odpowiedziały na wezwanie do identyfikacji. Udało się uszkodzić cztery maszyny, tyle że wszystkie z nich miały na kadłubach i skrzydłach czerwone koła...

Kolejne samoloty miały już amerykańskie oznaczenia. 20 czerwca po południu ryknęła główna artyleria „Musashi”, wystrzeliwując ku dwudziestu nurkującym Helldiverom ogromne pociski Typu 3 Sanshikidan. Teoretycznie odłamki takiego pocisku miały niszczyć nawet kilkanaście samolotów jednocześnie, ale okazało się to tylko pobożnym życzeniem: zgłoszono później raptem dwa zestrzelenia, a i to prawdopodobnie dzięki lekkiej artylerii. Trzecim zniszczonym samolotem – przez działko 25mm – okazał się być niestety japoński myśliwiec Zero.

Ponieważ tymczasem znikły szanse na powodzenie kontrataku pod Marianami, okręty podwinęły ogony, i skierowały się do Kure, gdzie też 29 czerwca rzuciły kotwice. „Musashi” stanął ponownie w pobliżu „Yamato”. Cóż to musiał być za wspaniały widok!

W pierwszej połowie marca oba superpancerniki dostarczyły z Kure na Okinawę 5700 żołnierzy oraz broń, amunicję i pozostałe zaopatrzenie. A później, no cóż, było jak zwykle. Ćwiczenia, ćwiczenia, ćwiczenia, najczęściej w towarzystwie „Yamato”. W sierpniu nowy oficer artyleryjski „Musashi”, podobnie jak jego poprzednik, także zgłosił krytyczne uwagi wobec zbytniego rozrzutu pocisków artylerii głównej przy strzelaniu salwami.

12 sierpnia nowym – i jak się okazało - także ostatnim dowódcą „Musashi” został wiceadmirał Inoguchi Toshihira, lat 46. Poprzednio dowodził on ciężkim krążownikiem „Takao”.



27 września podczas konferencji na pokładzie ciężkiego krążownika „Atago” zdecydowano o zmniejszeniu siły ładunków miotających na „Yamato” i „Musashi”, co miało zredukować zbyt wielki rozrzut pocisków kalibru 460 mm.

18 października. W ramach przygotowań do nocnego przejścia przez cieśninę San Bernardino, pokład „Yamato” pomalowano na czarno, ale w przypadku „Musashi” zrobiono to tylko na części pokładu górnego.

20 października Amerykanie wylądowali na filipińskiej wyspie Leyte. Nadszedł czas na doprowadzenie do walnej, decydującej morskiej bitwy, w której podli Jankesi zostaną bezlitośnie rozbici! Dowódca cesarskiej floty, admirał Soemu Toyoda, rozkazał rozpocząć SHŌ-GO. Japończycy wystawili cztery potężne zespoły, ale nas będą interesowały losy tylko jednego z nich – tego, którego główną siłą były „Yamato” i „Musashi”. Oprócz tej wspaniałej pary, wiceadmirał Kurita miał jeszcze pod rozkazami 3 starsze pancerniki („Kongō”, „Haruna” i „Nagato”), 10 ciężkich i 2 lekkie krążowniki, oraz 15 niszczycieli. Naszą uwagę skupimy oczywiście głównie na „Musashi”.

Kiedy nasz bohater opuszczał zatokę Brunei dążąc na pole bitwy, na jego pokładzie znajdowało się 2417 ludzi, w tym:
- 112 oficerów
- 2279 marynarzy
- 8 zmobilizowanych przez Marynarkę cywilów (obowiązki związane z radarami?)
- 6 wojskowych sędziów, wchodzących w skład Kwatery Głównej Połączonej Floty
- 3 oficerowie łącznikowi dwóch innych zespołów Floty
- 9 marynarzy z pancernika „Nagato” – być może związane to było z jakimś rodzajem szkolenia.

„Musashi” po wyjściu z Brunei płynie ku swemu przeznaczeniu


Okręty szły w dwóch kolumnach, a „Musashi” szedł zaraz za „Yamato” pośrodku kolumny prawej.

23 października zaczęło się. Zespół Kurity spotkał na swej drodze amerykańskie okręty podwodne „Darter” i „Dace”. Ten pierwszy zatopił o 5:24 ciężki krążownik „Atago” , będący flagowym okrętem Kurity! Admirał przeniósł się wraz ze sztabem na „Yamato”. Dziesięć minut później „Darter” poważnie uszkodził kolejny ciężki krążownik, „Takao”, który został zmuszony zawrócić w eskorcie pary niszczycieli.

„Darter” rozpoczął bitwę w Zatoce Leyte. Zdjęcie z wodowania 6 czerwca 1943


Była to tragiczna godzina dla Japończyków. Po kolejnych dwudziestu minutach cztery torpedy z „Dace” spowodowały eksplozję komór amunicyjnych ciężkiego krążownika „Maya”. W takich okolicznościach cudem wydaje się fakt, że z szybko tonącego okrętu wyratowano aż 769 ludzi!

Zdjęcie prawej kolumny wykonane jeszcze przed atakiem podwodniaków. DAMAGED – uszkodzony, SUNK – zatopiony


24 października. Po utracie trzech krążowników, okręty zmieniły szyk na lepszy do obrony przeciwlotniczej, tworząc dwa koncentryczne kręgi. O 8:10 obserwatorzy z „Musashi” zameldowali o trzech bombowcach patrolowych Consolidated PB4Y-2 Privateer, a krótko potem także pojawił sie rozpoznawczy samolot z lotniskowca „Intrepid”. Kurita rozkazał radiowcom z „Musashi” zagłuszać wysyłane przez wroga raporty.

24 października. Widoczne ślady torowe okrętów zespołu z „Yamato” i „Musashi”. Zdjęcie z amerykańskiego samolotu


10:00. Na „Musashi” zameldowano o 40 samolotach z lotniskowców w namiarze 110

10:18. Rozpoczęto zagłuszanie zwiadowczego samolotu, a 7 minut później pancernik otworzył ogień,

ATAKUJE PIERWSZA FALA

10:29 Na „Musashi” uderza osiem bombowców nurkujących z „Interpida”. Cztery bliskie wybuchy uszkadzają poszycie kadłuba, podczas gdy odłamki ranią znajdujące się na odkrytych stanowiskach obsługi działek 25 mm. Bomba 453 kg trafia w pierwszą wieżę głównej artylerii, ale... odbija się od niej, eksplodując w powietrzu! Pozostawia za sobą wgłębienie o średnicy 30 centymetrów. W wieży na kilka minut gaśnie światło.

Nadlatuje osiem myśliwców Hellcat, z zadaniem urządzenia rzezi wśród obsady 25-milimetrówek. Wraz z pierwszym oficerem z „Musashi” który poniósł śmierć – podporucznikiem Hoshi Shuzo - ginie kilkanaście innych osób. Przypomnijmy sobie w tym miejscu fragment z książki Spurra:
„Dlatego też, kiedy to w trakcie wojny przybywało coraz więcej i więcej stanowisk przeciwlotniczych, umieszczano je grupami na śródokręciu. Popełniono wielki błąd. Pojedyncze trafienie w zatłoczoną przestrzeń mogło spowodować rzeź”.

10:30. Okręt atakuje 6 samolotów torpedowych Avenger, również z „Intrepida”. Inoguchi nakazuje ostry skręt w prawo. Pomimo tego rozpaczliwego manewru, w prawą burtę śródokręcia trafia torpeda zrzucona przez kapitana Raymonda J. Skelly. Chwilę potem, wielokrotnie trafiony samolot rozbija się o wodę. Nikt nie ocalał [Skelly pośmiertnie został udekorowany Distinguished Flying Cross - Zaszczytnym Krzyżem Lotniczym]. Torpeda spowodowała wlanie się do kadłuba 3000 ton wody, i w konsekwencji przechył na prawą burtę. Szybkość pancernika nie zmniejszyła się jednak ani na węzeł, ale wywołany eksplozją wstrząs uszkodził obrotowy element celownika jednej z głównych baterii.

Oprócz zestrzelenia samolotu Skelly’ego, artylerzyści „Musashi” strącili jeszcze kolejnego Avengera, oraz uszkodzili dwa Hellcaty.

10:30 USZKODZENIA PO PIERWSZEJ FALI
Torpedo – Torpeda, Bomb – Bomba, Hit = Trafienie, Miss - Pudło


PRZECHYŁ PO PIERWSZEJ FALI
Waterline – linia wodna
Vertical – Pion
„Przechył 5,5 stopnia na prawą burtę skorygowany do 1 stopnia (czerwona linia)”



11:54. Radar „Musashi” wykrywa nadciągające samoloty nieprzyjaciela w namiarze 290, odległość 81 kilometrów.

ATAKUJE DRUGA FALA

12:04. Okręty zwiększają szybkość do 24 węzłów. Dwie minuty później na ekranach radarów pojawia się dziesiątka odległych o 55,5 kilometra samolotów. Gdy maszyny zbliżyły się na 25 kilometrów, działa najcięższej artylerii wystrzeliły w ich kierunku dziewięć znanych już nam pocisków Sanshikidan. Bez żadnego efektu.

Do ataku jednocześnie od dziobu i rufy ruszyło osiem nurkujących bombowców Helldiver, trafiając dwukrotnie. Pierwsza z ćwierćtonowych bomb przebiła najpierw pokład dziobówki a potem dwa wewnętrzne pokłady, wybuchając w pobliżu dziobowej gruszki. Druga trafiła w pobliżu działa 127 mm, po czym wybuchła w pomieszczeniach załogi. Powstały pożar szybko ugasiły drużyny awaryjne. Ponadto eksplozja spowodowała wypełnienie przegrzaną parą kotłowni numer 10, którą pospiesznie ewakuowano. Znieruchomiał wał prawej wewnętrznej śruby, przez co szybkość okrętu zmalała do 22 węzłów. Pięć kolejnych bomb chybiło o metry, ale ich eksplozje dały się we znaki blachom poszycia. Ogromne szkody przyniosły cztery celne torpedy, z których trzy trafiły w lewą burtę.

Moment trafienia „Musashi” torpedą w dziobową część lewej burty (biała fontanna)


Największym zmartwieniem było jednakże utrata pierwszej wieży głównej artylerii. Bomba trafiła dokładnie w środkowe działo, wywołując eksplozję znajdującego się w nim potężnego pocisku! Z obawy przed dostaniem się ognia do komory amunicyjnej, Ingouchi rozkazał ją zalać.

Trafienia samolotów drugiej fali (oznaczone „2”). „1” to trafienia pierwszej fali ataku.
No. 1 Gun Turret knocked out – Wieża działowa nr. 1 zniszczona


Widok od dziobu.
„Po drugiej fali, Musashi miał 2 metry przegłębienia na dziobie i zmienił przechył z 1 stopnia na prawą burtę (linia różowa) na 5 stopni na lewą burtę, który to załoga Musashi zmniejszyła do 1 stopnia poprzez zalewanie zbiorników przeciwnej burty oraz pompowanie (linia czerowna)”



ATAKUJE TRZECIA FALA

Kolejny atak rozpoczął się o 13:31, kiedy to decyzją Kurity wszystkie okręty robiły zaledwie po 22 węzły, aby tylko nie pozostawić „Musashi” samemu sobie.

Tym razem przyleciało 29 samolotów z „Essexa” i „Lexingtona”. Najpierw do akcji wkroczyły myśliwce Hellcat, dokonując bronią maszynową prawdziwej rzezi wśród pozbawionych praktycznie osłony marynarzy przy działkach 25 mm.

Po nich do akcji weszły nurkujące Helldivery i torpedowe Avengery. Tym razem cztery torpedy doszły celu - po dwie z każdej burty - ale aż trzy z nich trafiły w i tak już przegłębioną część dziobową! Jednocześnie bombowce uzyskały siedem trafień. Co ciekawe, ani teraz, ani w ogóle do końca walki żadna bomba nie spadła na część okrętu rozciągającą się od komina do rufy!

Kolejne torpedy dochodzą celu


Trafienia trzeciej fali („3”). „1” i „2” oznaczają trafienia podczas poprzednich dwóch fal ataku



Gdy samolot odleciały, „Musashi” przedstawiał się zdecydowanie kiepsko.

„Po trzecim ataku dziób Musashi opadł o 4 metry, prawie do połowy wysokości burty. Autor [rysunku] nie miał możliwości otrzymać informacji na temat zwiększonego przechyłu na lewo, ale dodatkowe pompowanie/przeciwzalewanie znowu doprowadziło przechył do 1 stopnia”


Niepokojący był fakt, że szybkość spadła do 20 węzłów, do czego oczywiście w znacznym stopniu przyczyniły się tysiące ton wody we wnętrzu mocno już porozbijanego kadłuba. Co gorsza, część pomp uległa zniszczeniu.

ATAKUJE CZWARTA FALA

Tym razem do ataku ruszyło 12 Helldiver’ów i osiem Hellcatów z Essexa. Ku ogromnej uldze ciężko doświadczonej załogi superpancernika, skupiły one uwagę na idących z przodu pancernikach „Yamato” i „Nagato” oraz lekkim krążowniku „Noshiro”. „Musashi” ogniem wspierał tę trójkę, wystrzeliwując między innymi piętnaście pocisków Sanshikidan. W tym czasie gorączkowo pracowały wzmocnione drużyny przeciwawaryjne.

ATAKUJE PIĄTA FALA

14:55. Nadlatuje 69 maszyn z „Enterprise” i „Franklina”. Piloci meldują o okręcie typu Yamato, wlokącego się „ośmioma węzłami” za pozostałymi okrętami, i zostawiającego za sobą długą smugę paliwa. Tym razem ponownie „Musashi” stał się głównym celem.

Atak miał dewastujące skutki. Najpierw Helldivery zrzuciły cztery celne 530-kilogramowe bomby – znowu na przednią część okrętu! - które spowodowały ogromne zniszczenia, oraz równie wielkie straty w ludziach. Zaraz potem do akcji weszły Avengery ze swymi śmiercionośnymi torpedami. Trzy z nich trafiły, z tego dwie na wysokości pierwszej, unieruchomionej wieży.

Rozpaczliwie zygzakujące japońskie okręty. Po lewej zwrot o 180 stopni robi mający wyraźne przegłębienie na dziób „Musashi”
,

Rysownik popełnił błąd, zaznaczając aż 7 trafień torpedami piątej fali, ponieważ źródła zgodnie piszą o trzech trafieniach


Na lewym zdjęciu widać wyraźnie, że koniec olbrzyma jest już bliski



Pomimo ogromu zniszczeń, okręt nadał robił 16 węzłów, która jednakże wnet spadła do 13, w rezultacie zatapiania kolejnych przedziałów prawej burty, co zredukowało jednakże przechył prawie do zera. Na pokładzie wszyscy oczywiście zdawali sobie sprawę z tego że dzień jeszcze długi, a Amerykanie z pewnością nie odpuszczą. I oczywiście tak się stało.

ATAKUJE SZÓSTA FALA

15:25. Tym razem nad japoński zespół nadleciało 75 maszyn, z tego aż 34 miały na celu dobicie ”Musashi”. Rezultaty tego ataku były miażdżące.

Bomba 226 kg trafiła w mostek, zabijając większość znajdujących się tam oficerów, w tym głównego nawigatora oraz dowódcę artylerii przeciwlotniczej. Cudem nietknięty wiceadmirał Inoguchi Toshihira zmuszony był przenieść swoje stanowisko dowodzenia. Kolejne dziewięć bomb porozbijało stanowiska przeciwlotnicze, ale przy tym jedna z nich przebiła pokład nad szpitalem okrętowym, zabijając wszystkich tam obecnych.

Los okrętu przypieczętowały torpedy, których jedenaście doszło celu, z tego aż osiem jedna przy drugiej, pośrodku lewej burty! W mgnieniu oka szybkość pancernika spadła do 6 węzłów.

Rezultaty ataku szóstej fali. Dopiero wtedy, po raz pierwszy i ostatni, została trafiona część okrętu leżąca za kominem!


„Po szóstym i ostatecznym ataku, przechył Musashi doszedł do 10-12 stopni, a jej dziób poszedł w dół o 8 metrów. Przedni pokład był zalany. Trzy godziny później, o 19:15, załoga rozpoczęła przygotowania do opuszczenia Musashi, aby uniknąć jego losu. Jego dowódca, admirał Inoguchi, postanowił pójść z nim na dno”



16:21. Zespół Kurity zbliża się do „Musashi”. Okręt wciąż płynie z 10-stopniowym przechyłem na lewo. z głęboko zanurzonym dziobem, i z zalewanym oczywiście pokładem dziobowym. Kurita wyznacza do eskorty krążownik „Tone” oraz niszczyciele „Shimakaze” i „Kiyoshimo”.

Na pancerniku setki zdrowych i lżej rannych marynarzy robiło wszystko, żeby zredukować przechył bez konieczności zalewania kolejnych przedziałów po prawej burcie. Przenoszono na tę stronę nawet wyciągane z magazynów lewej burty worki ryżu, ale oczywiście nic nie mogło już odmienić losu okrętu. Inoguchi skierował go ku najbliższej plaży, ale wtedy odmówiły posłuszeństwa ciężko doświadczone maszyny.

19:156. Przechył wzrósł do 12 stopni. Inoguchi wydaje rozkaz „Gotowość do opuszczenia okrętu”. Jego zastępca, komandor Kato Kenkichi zbiera załogę na nietkniętym pokładzie rufowym. Idzie w dół bandera bojowa. Wiceadmirał Inoguchi salutuje, i oddala się do swojej kabiny. Już nikt go więcej nie zobaczy. Opuszczenia okrętu odmawia także dowódca artylerii, komandor Koshino Kimitake.

19:30

„Ostatnie chwile. Piętnaście minut później [nawiązanie do poprzedniego rysunku], o 19:30, przechył Musashi dochodzi do 30 stopni, a załoga opuszcza okręt. O 19:36 przekręca się i tonie dziobem naprzód, pozostawiając 1376 rozbitków wśród których są ludzie z [krążownika] Maya. Zabierze ze sobą 1023 osób”


Komandor Kato daje rozkaz zabrania portretu cesarza i opuszczenia okrętu. „Musashi” tonie o 19:36, opadając na głębokość 910 metrów. Krótko po zniknięciu, pod wodą dają się słyszeć dwie potężne eksplozje, prawdopodobnie komór amunicyjnych.

Niszczyciele „Kiyoshimo” i „Hamakze” ratują 1423 rozbitków (liczba nieco inna od podanej przy rysunku) w tym komandora Kato, ale aż 1023 marynarzy z 2399-osobowej załogi ginie wraz z okrętem. Wśród 1423 uratowanych było 47 marynarzy z zatopionego wcześniej krążownika „Maya”, pozostałych 117 poszło na dno wraz z superpancernikiem.

Cena, jaka Amerykanie zapłacili za zatopienie „Musashi” nie była wygórowana, ponieważ stracili zaledwie 18 samolotów.

*

2 marca 2015. Współzałożyciel Microsoftu Paul G. Allen na pokładzie swego jachtu „Octopus” zlokalizował wrak superpancernika! Przeszukiwanie archiwów z czterech krajów oraz żmudne poszukiwania, po ponad ośmiu latach wreszcie przyniosło sukces.

„Musashi” leży na dnie rozkawałkowany, a większość środkowej części kadłuba jakby wyparowała.

Emblemat na dziobie okrętu


15-tonowa prawoburtowa kotwica jest wciąż na swoim miejscu



--

Post zmieniony (14-12-18 08:20)

Odpowiedz na tę wiadomość 
 Tematy/Start  |  Wyświetlaj drzewo   Nowszy wątek  |  Starszy wątek 
 Widok z podziałem na strony: strona 34 z 37Strony:  <=  <-  32  33  34  35  36  ->  => 

 Działy  |  Chcesz sie zalogowac? Zarejestruj się 
 Logowanie
Wpisz Login:
Wpisz Hasło:
Pamiętaj:
   
 Zapomniałeś swoje hasło?
Wpisz swój adres e-mail lub login, a nowe hasło zostanie wysłane na adres e-mail zapisany w Twoim profilu.


© konradus 2001-2018