KARTON CAFE   
Regulamin i rejestracja regulamin forum  jak wstawiac grafike, linki itp do wiadomosci grafika i linki w postach

Miejsce na rozmowy o rzeczach niekoniecznie związanych z modelarstwem kartonowym, tzw. "rozmowy kanapowe", ciekawostki, humor itd. Tu można się poznać lepiej i pogawędzić ze sobą.


 Działy  |  Tematy/Start  |  Nowy temat  |  Przejdź do wątku  |  Szukaj  |  Widok bez stronicowania (rolka)  |  Zaloguj się   Nowszy wątek  |  Starszy wątek 
 Widok z podziałem na strony: strona 34 z 34Strony:  <=  <-  30  31  32  33  34 
30-03-18 09:50  Odp: TOM 3 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
Akra 

Na Forum:
Relacje w toku - 2
Relacje z galerią - 5
Galerie - 1


 - 2

Czasem dla odmiany też coś takiego mam. A długa Opowieść czeka :-(

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
31-03-18 11:47  Odp: TOM 3 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
Akra 

Na Forum:
Relacje w toku - 2
Relacje z galerią - 5
Galerie - 1


 - 2

Opowieść 508

PECHOWE BLIŹNIAKI

„Fitzgerald” to amerykański niszczyciel rakietowy typu Arleigh Burke, który wszedł do służby w 1995 roku. Uzbrojenie tych okrętów jest doprawdy fenomenalne:
- 90 lub 96 komorowa wyrzutnia Mk 41 VLS umożliwiająca odpalanie rakiet plot Standard i ESSM (Flight IIA), rakiet manewrujących Tomahawk i rakietotorped VL-ASROC
- 2 x IV wyrzutnie rakiet przeciwokrętowych Harpoon (Flight I-II)
- 1 x 127 mm armata Mk 45
- 2 lub 1 x 20 mm zestaw artyleryjski Phalanx CIWS
- 2 x III wyrzutnie torped Mk 32
a do tego wszystkiego dochodzi jeszcze miejsce dla dwóch śmigłowców.

USS „Fitzgerald”


Początkowo niszczyciel bazował w San Diego, Kalifornia, ale w końcu przeniósł się na drugą stronę Pacyfiku. 30 września 2004 „Fitzgerald” wpłynął do bazy w Jokosuce, Japonia, dołączając do Siódmej Floty US Navy. Kilka lat później wraz z lotniskowcem „Ronald Reagan” niósł pomoc ofiarom tragicznego trzęsienia ziemi i tsunami z 11 marca 2011 roku.

1 czerwca 2017 okręt wszedł w skład amerykańsko-japońskiego zespołu, mającego za cel przeprowadzenie ćwiczeń, a jednocześnie zademonstrowanie wobec Korei Północnej morskiej potęgi aliantów. Do tego zadania wybrano:
- lotniskowce „Ronald Reagan” i „Carl Vinson”
- krążowniki „Shiloh” i „Lake Champlain”
- niszczyciele „Fitzgerald”, „Barry”, „McCampbell” i „Mustin”, „Wayne E. Meyer” i „Michael Murphy”
w towarzystwie japońskiej pary, czyli:
- śmigłowcowca „Hyūga”
- niszczyciela „Ashigara”.

„Fitzgerald” rzucił cumy 16 czerwca o 16:30. O 23:00, gdy okręt znajdował się już na otwartym morzu, mostek opuścił dowódca, komandor porucznik Bryce Benson, oraz jego zastępca. Od tej chwili pełna odpowiedzialność za nawigację spoczywała na barkach oficera wachtowego.

Dwie i pół godziny później niszczyciel znajdował się o 56 mil morskich na południowy zachód od Jokosuki, mając w polu widzenia półwysep Izu. Morze było w miarę spokojne, z falami o wysokości 60-120 centymetrów. Wiszące gdzieniegdzie chmury jedynie od czasu do czasu przysłaniały księżyc. Widoczność była zdecydowanie dobra. Robiący 20 węzłów okręt niósł zgodne z przepisami światła nawigacyjne a w pomieszczeniach których okien nie można było zasłaniać, paliły się czerwone światła. Wyłączony był system AIS, który normalnie co 2 do 10 sekund wysyła „w świat” między innymi:
- prędkość kątową
- prędkość nad dnem
- dokładną pozycję
- kurs nad dnem
- namiar rzeczywisty
co pozwala innym statkom śledzić jego ruchy.

Wszystkie drzwi i włazy – także te pomiędzy poszczególnymi pokładami - były pozamykane zgodnie z regułą określaną w US Navy jako „Modified ZEBRA” (Zmodyfikowana ZEBRA), co oznaczało najwyższy stopień zachowania szczelności. W razie pożaru bądź przedostania się do kadłuba wody, Modified ZEBRA mogła decydować o być albo nie być okrętu. Jedynym wyjątkiem od tej reguły były niewielkie otwarte okrągłe klapy w poziomo położonych włazach, pozwalające na przemieszczanie się załogi, a w razie czego bardzo szybkie ich zamknięcie. Reguła taka obowiązywała - i nadal obowiązuje - wszystkie nawodne jednostki US Navy.



Akwen był gęsto uczęszczany. O 1:08 „Fitzgerald” przeszedł przed dziobem jakiegoś frachtowca zaledwie o 600 metrów, mijając następnie dwa inne statki w odległości 2 oraz 2,5 mili. Były to „bliskie spotkania” wymagające zgodnie z przepisami natychmiastowego poinformowania o nich dowódcy, ale nic takiego nie zaszło.

Poza sternikiem na mostku znajdował się oficer wachtowy, „conning officer” czyli oficer przekazujący rozkazy sternikowi, oraz OOD (Officer of deck – Oficer pokładowy) odpowiadający za nawigację.

O 1:10 radar pokazał dużą, odległą o 11 mil jednostkę, zidentyfikowaną jako „ACX Crystal”. Płynący w przeciwnym kierunku - do Tokio – wielki kontenerowiec nosił wprawdzie banderę filipińską, ale znajdował się pod zarządem japońskiego armatora Nippon Yūsen Kabushiki-gaisha, znanego powszechnie jako NYK Line. Statek miał długość 222 metry i 29.000 GT. Dla porównania „Fitzgerald” liczył sobie 154 metry i mniej więcej 8.900 GT.



Porównanie wielkości obu jednostek


O 1:17 OOD wyliczył, że niszczyciel i kontenerowiec miną się prawymi burtami w odległości 1300 metrów. W pobliżu znajdowały się jeszcze dwa statki – „Wan Hai” i „Maersk Evora” – ale ich kursy gwarantowały bezpieczne minięcie się.

1:20. Oficer wachtowy dostrzegł statek gołym wzrokiem i doszedł do wniosku, że jego kurs może przeciąć drogę niszczyciela. Zasugerował OOD zmniejszenie szybkości, ale ten upierał się, że kursy nie są kolizyjne.

Nadal nie budzono i nie wezwano na mostek komandora Bensona, ani jego zastępcy, komandora podporucznika Seana Babitta.

1:27. Wobec szybko zbliżającego się „ACX Crystal”, OOD rozkazał skręcić 50 stopni na prawą burtę, ale zaraz potem odwołał rozkaz, każąc w zamian dać całą naprzód z jednoczesnym maksymalnym wychyleniem steru w lewo. Rozkaz ten został wykonany z pewnym opóźnieniem, ponieważ conning officer stał niczym słup soli (Amerykanie pisali, iż był „zmrożony”). Dopiero po pewnym czasie oficer odzyskał świadomość i – jednocześnie z OOD - zaczął wykrzykiwać komendę sternikowi.

Sternik wykonał rozkaz o 1:29. Podczas dwóch ostatnich minut okręt przemieścił się o tysiąc metrów. Dwuminutowe opóźnienie w rozpoczęciu rozpaczliwego manewru okazało się fatalne w skutkach.

1:30:34. „ACX Crystal” uderzył dziobem w śródokręcie prawej burty niszczyciela niszcząc kabinę dowódcy i wyrywając potężną gruszką dziurę poniżej linii wodnej. Woda zaczęła zalewać maszynownię oraz pomieszczenia marynarzy.

Dziwne w tym wszystkim było to, że do tej chwili kontenerowiec i niszczyciel nie wymieniły ani jednej rozmowy na UKF, a obserwatorzy na „Fitzgeraldzie” widząc nieuchronność zderzenia, nie uruchomili alarmu uprzedzającego kolegów pod pokładem o śmiertelnym zagrożeniu.

Miejsce kolizji z zaznaczoną trasą kontenerowca. Czas zderzenia podany jest jako „około 2:30 czasu lokalnego”, ale źródła US Navy podają 1:30.


Ruchy czterech jednostek znajdujących się w tym miejscu. Niebieska linia idąca od góry to droga „Fitzegeralda”
20kts = 20 węzłów
Hard left rudder, increased speed = Ster maksymalnie w lewo, zwiększona prędkość



,

Zderzenie przyniosły ze sobą fatalne skutki, jako że dziób trafił bezpośrednio w pomieszczenie mieszkalne 40 marynarzy, zalewając je w ciągu kilkudziesięciu sekund. W chwili kolizji pięciu z nich było na wachcie. Z pozostałych 35 ludzi tylko 28 zdążyło wydostać się na wyższy pokład. Ostatni którym udało się uciec, chwytali drabinkę stojąc już po szyję w wodzie. Siódemka nie zdążyła. I tu, i w innych częściach okrętu sporo osób odniosło rany.

Ofiary tragicznego zderzenia


Fragment pomieszczenia z kojami przed i po kolizji, już po osuszeniu



Dziób kontenerowca uderzył także w kabinę komandora Bensona, zakleszczając prowadzące do niej drzwi. Ranny Benson zadzwonił na mostek. Uwolniło go pięciu marynarzy, którzy przybiegli z młotami oraz z ...”kettle bells”, czyli ciężarkami w kształcie kuli z pojedynczym uchwytem, będącymi na wyposażeniu siłowni. Ponieważ komandor czuł się bardzo źle, dowództwo przejął jego zastępca.

Z powodu dziury pod linią wodną, zalanych zostało wiele pomieszczeń. Uderzenie było tak silne, że okręt przechylił się o 14 stopni na lewą burtę, ale gdy dziób kontenerowca cofnął się, przechył zmienił się na burtę prawą i zmalał do 7 stopni. W całej przedniej części okrętu zapanowała ciemność. Pospiesznie obsadzono rufowe awaryjne stanowisko sterowania. Na głównym maszcie podniesiono dwa czerwone światła, jedno nad drugim, co znaczyło iż okręt nie odpowiada za swoje ruchy.

Wieści o zderzeniu rozeszły się bardzo szybko. Japończycy natychmiast wysłali z Shimody patrolowce Straży Przybrzeżnej „Izanami” i „Kano”. Z Jokosuki pospiesznie wysłano w morze bliźniaczy niszczyciel „Dewey”.

4:37. Nadpłynął „Kano”. W tym momencie Amerykanie mieli już pełny obraz sytuacji: dziura 3,5 x 3,5 metra w prawej burcie, powstrzymano wlewanie się dodatkowej wody do kadłuba, pompy pracowały pełną parą, pracowała jedna turbina gazowa. Okręt poruszał się z szybkością 3 węzłów.

5:21 Na okręcie nie ma wody zdatnej do picia.

5:26 Nie doliczono się siedmiu marynarzy. Czternaście minut później potwierdzono to, i ustalono nazwiska zaginionych.

6:15 Japońskie okręty, samoloty i śmigłowce patrolują morze w poszukiwaniu brakujących członków załogi.

6:20 W zalanym pomieszczeniu załogi poziom wody spadł do 30 centymetrów.

Na pierwszym zdjęciu w górnym lewym rogu widać flagę kodową „D” (niebieska z żółtymi pasami na dole i na górze), mówiącą TRZYMAJCIE SIĘ Z DALA ODE MNIE, MANEWRUJĘ Z TRUDNOŚCIĄ
, ,

7:12. Nadleciał helikopter japońskiej Straży Przybrzeżnej. Ponieważ przechył „Fitzgeralda” nie pozwalał na wykorzystanie jego lądowiska, helikopter zawisł nad niszczycielem, po czym opuścił na jego pokład nosze ratownicze.



Ułożono na nich najciężej rannego, porucznika Systemów Walki (Combat Systems). Szczęśliwie oficer przeżył, opuszczając szpital już 18 czerwca. Wraz z nim okręt opuścił ranny dowódca „Fitzgeralda”.

Przygotowanie rannego do podjęcia przez helikopter


8:00. Z powodu utraty cyfrowego systemu nawigacyjnego, na niszczycielu wyciągnięto ze schowka papierowe, wciąż przechowywane mapy.

8:28. Nadeszły dwa holowniki.

9:11. Na okręt weszli zastępca dowódcy bazy, jej główny inżynier, oraz kapelan.

9:15. Kolejna dwójka rannych odleciała do szpitala.

12:34. Uznano, iż zaginiona siódemka poniosła śmierć w nieznanych okolicznościach.

Na holu, w drodze do bazy
,

Na redzie wewnętrznej



18:56. „Fitzgerald” zacumował w bazie.

18 czerwca 05:23. W rozbitej części kadłuba znaleziono pierwsze ciało, a o 6:57 natrafiono na cztery kolejne. Ostatnie dwa ciała znaleziono o 7:05 i 7:08. Wszystkie przewieziono do pobliskiego szpitala marynarki, celem dokonania autopsji.

A co z „ACX Crystal”? Jak to w takich przypadkach bywa, jednostka uderzająca dziobem odnosi z reguły nieznaczne tylko uszkodzenia, o czym świadczą poniższe fotografie.

,

Statek powrócił na miejsce kolizji, ale ponieważ mógł tam jedynie przeszkadzać, krótko potem wznowił podróż do Tokio.

Wracamy do „Fitzgeralda”. 11 lipca wprowadzono go na dok w Jokosuce.

11 lipca. Za chwilę okręt ruszy w kierunku stoczni
,

Już na doku


Widoczna łata przyspawana do podwodnej części okrętu

,

Planowano zakończyć remont w Japonii w dwanaście miesięcy, ale szybko okazało się, że nie ma tak dobrze. Przede wszystkim stwierdzono „przekoszenie” znacznej części nadbudówki, co powodowało niewspółosiowość radaru AN/SPY-1, który zresztą także został częściowo uszkodzony. Woda zalała nie tylko przedziały maszynowni ale także główną radiostację, powodując ogromne straty. Doprowadzenie okrętu do pierwotnego stanu miało kosztować ogromne pieniądze, wyliczone na około 367 milionów dolarów, czyli prawie jedną czwartą ogólnej wartości jednostki!

Szczegółowa analiza wykazała, że w stoczni bazy nie da się przeprowadzić tak kompleksowego remontu, w związku z czym zapadła decyzja o przetransportowaniu okrętu do Stanów. Pod koniec sierpnia 2017 niszczyciel załadowano na specjalistyczną jednostkę „Transshelf”.

„Transshelf” najpierw zanurzył się tak głęboko żeby nad jego kadłub mógł wpłynąć „Fitzgerald”, po czym całkowicie opróżnił swoje zbiorniki balastowe. Pomimo maksymalnej ostrożności, w trakcie tej operacji kadłub pechowego okrętu został przebity w dwóch miejscach, szczęśliwie bez poważniejszych konsekwencji.



Statek z nietypowym ładunkiem wpływa na wody Mississippi


Remont ciężko uszkodzonego okrętu ma się zakończyć dopiero w połowie 2019 roku, z wejściem do ponownej służby po dalszych sześciu miesiącach.

*

Jakby mało było nieszczęścia, po zaledwie dwóch miesiącach od kolizji „Fitzgeralda”, bliźniaczy niszczyciel „John S. McCain” zderzył się wczesnym rankiem 21 sierpnia ze zbiornikowcem „Alnic MC” w cieśninie Malakka, niedaleko Singapuru! Bazą okrętu także była Jokosuka.

„Alnic MC”


Płynący 20 węzłami okręt znajdował się z prawej strony zbiornikowca, mając zatem pierwszeństwo. Zgodnie z międzynarodowymi przepisami niszczyciel powinien utrzymywać kurs i szybkość, dbając jednocześnie, aby nie doszło do zagrożenia kolizją. Z kolei „Alnic MC” winien tak manewrować, aby uniknąć skrzyżowania się kursów. Na mostku „McCaina” znajdował się jego dowódca, komandor porucznik Alfredo Sanchez, który osobiście prowadził nawigację na akwenie pełnym płynących w różnych kierunkach statków. Towarzyszył mu zastępca, komandor porucznik Jessie Sanchez (zbieżność nazwisk przypadkowa).

Przy sterze stał mało doświadczony marynarz, ponieważ główny sternik właśnie jadł na dole śniadanie. Zauważywszy że marynarz nie daje sobie rady z obsługą wszystkich urządzeń, o 5:20 Sanchez rozkazał sternikowi jedynie pilnować kursu, wyznaczając drugiej osobie kontrolę nad szybkością i ustawieniem obu śrub. Tyle że przy okazji pomyłkowo na konsolę owego dodatkowego marynarza został także przełączony ster i nikt tego nie zauważył!

Widząc że (odłączony przez pomyłkę!) ster nie reaguje, sternik podniósł alarm, zgłaszając mechaniczną awarię. Przez kolejne minuty na mostku panował chaos, w trakcie którego rozpaczliwie próbowano dojść przyczyn usterki, aby odblokować ster.

Sanchez rozkazał zredukować szybkość do pięciu węzłów. Spanikowany marynarz spowolnił jednakże obroty jedynie lewej śruby, pozostawiając prawą kręcącą się z niezmienioną szybkością! Okręt gwałtownie skręcił w kierunku zbiornikowca. Oficer wachtowy rozkazał przejęcie sterowania przez awaryjne stanowisko na rufie okrętu, ale było one nieobsadzone. Dlaczego?

Powód był prosty. Początkowo niszczyciel miał zatrzymać się i rzucić kotwicę o 5 rano i gdyby utrzymywano tę godzinę, awaryjne stanowisko byłoby już obsadzone. Ponieważ jednak Sanchez przesunął kotwiczenie na godzinę 6, „awaryjny” sternik miał jeszcze trochę czasu, aby objąć służbę na rufie. Wprawdzie poderwany na nogi natychmiast pobiegł na stanowisko – gruszka zbiornikowca wbiła się w lewą burtę okrętu.

Moment zderzenia


Niszczyciel został poważnie uszkodzony
,

Jak to zwykle bywa, jednostka taranująca odniosła niewielkie uszkodzenia



Na „McCainie” do akcji wkroczyły natychmiast drużyny awaryjne, a jednocześnie policzono załogę. Nie doliczono się aż dziesięciu osób! Ponieważ powierzchnia morza była pusta, przyjęto iż ich ciała – nikt już nie miał co do tego złudzeń – znajdują się w zmiażdżonych i zalanych przedziałach. I rzeczywiście, już w bazie znaleziono zwłoki całej dziesiątki. Pięciu marynarzy odniosło rany.

Podobnie jak w przypadku „Fitzgeralda”, także i w tym przypadku ostatecznie jedynie założono łatę na rozbitej burcie, po czym wsadzono okręt na specjalistyczną jednostkę „Treasure”, i wysłano do Stanów.



Dwa identyczne przypadki zaistniałe w tak krótkim odstępie czasu, niezwykle mocno wstrząsnęły całą Marynarką. Czystka zaczęła się od dowództwa Task Force 70, w skład której wchodziły pechowe niszczyciele. Z powodu „utraty zaufania do zdolności dowódczych” zdjęto ze stanowisk dowódcę zespołu kontradmirała Charlesa Williamsa, oraz dowodzącego 15 Eskadrą Niszczycieli komandora Jeffreya Bennetta. W końcu w ich ślady poszedł także wiceadmirał Joseph Aucoin, dowódca Siódmej Floty, ale nawet i to nie zadowoliło Waszyngtonu. „Ochotniczo” na emeryturę przeszedł dowódca Floty Pacyfiku, admirał Scott Swift, a jego zastępca wiceadmirał Rowden zdradził, iż „poproszono go” o przejście na wcześniejszą emeryturę.

Potem zajęto się załogami obu okrętów.

Jakie były podstawowe zarzuty? Przede wszystkim nie wzięto pod uwagę oczywistego faktu, że możliwości manewrowe wielkich statków są żałośnie małe. Nawet po przejściu na całą wstecz, robiąca 15 węzłów duża jednostka potrzebowałaby aż 2,5 mile aby móc się zatrzymać, a promień skrętu wynosił ponad pół mili. Z drugiej strony niezwykła zwrotność niszczycieli i możliwość gwałtownych zmian szybkości teoretycznie powinna wykluczyć możliwość podstawienia się pod dziób ociężałego w swych ruchach statku.

Na „Johnie S. McCain” ze stanowisk polecieli komandor podporucznik Alfredo Sanchez oraz jego zastępca. Nie odpuszczono także dowódcy i jego zastępcy z „Fitzgeralda”. Cała czwórka została zdjęta ze stanowisk, otrzymując jednocześnie „kary administracyjne” (administrative punishments), cokolwiek to by miało oznaczać. W różnym stopniu ukarano także po kilka dodatkowych osób z obu okrętów, znajdujących się w chwili kolizji na mostku.

16 stycznia 2018 Marynarka powiadomiła, że wobec komandora Bryce Bensona (dowódcy „Fitzgeralda”), trzech młodszych oficerów będących wtedy na służbie oraz szefa bosmanów Brice Baldwina, zostaną podniesione zarzuty zaniedbania obowiązków, narażenia okrętu i spowodowanie tym samym śmierci marynarzy. Sprawą zajmie się tym razem sąd wojskowy. Razem z nim stanie także komandor Alfredo Sanchez z kilkoma swoimi ludźmi.

--

Post zmieniony (17-06-18 13:51)

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
07-06-18 05:43  Odp: TOM 3 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
LSW   

Szanowny Panie Akra.
Prosimy kontynuować opowiesci.

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
10-06-18 10:35  Odp: TOM 3 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
Akra 

Na Forum:
Relacje w toku - 2
Relacje z galerią - 5
Galerie - 1


 - 2

Niestety wszystkie zdjęcia które wstawiałem poprzez wstaw.org wyparowały, co fatalnie okaleczyło mnóstwo Opowieści.

Z tego to powodu kolejną Opowieść zastopowałem po napisaniu połowy tekstu...

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
15-06-18 14:48  Odp: TOM 3 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
Akra 

Na Forum:
Relacje w toku - 2
Relacje z galerią - 5
Galerie - 1


 - 2

Wstawiłem na nowo pierwsze zdjęcie z ostatniej opublikowanej Opowieści. Jeśli starczy mi cierpliwości, aby wstawić na nowo wszystkie skasowane przez wstaw.org zdjęcia (nie tylko w tej Opowieści), to wrócę do pisania.

*

Jakoś to idzie :-)

*

Uff, wstawiłem na nowo zdjęcia do Opowieści 508. Teraz pozostały mi już tylko od numeru 492 do 507...

Post zmieniony (17-06-18 13:54)

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
17-07-18 18:47  Odp: TOM 3 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
Akra 

Na Forum:
Relacje w toku - 2
Relacje z galerią - 5
Galerie - 1


 - 2

NIESPODZIANKA!!!!!!!!


Opowieść 509


SIŁA ŻYWIOŁU


Zważywszy że zbiornikowiec „Pendleton” zwodowano w styczniu 1944, jego długość 153,62 metra i DWT 16.613 pozwalała go zaliczyć wtedy do statków naprawdę dużych. Zbudowany został na zamówienie War Shipping Administration, co można przełożyć na Zarząd (Kierownictwo) Żeglugi Wojennej. Oznaczało to, że po podniesieniu bandery i przekazaniu pod rozkazy Korpusu Marines, statek włączył się bezzwłocznie do wojny.

„Pendleton” wyglądał identycznie jak ten zbiornikowiec


Zbiornikowiec przetrwał ją bez wydarzeń godnych odnotowania, a w roku 1948, w ramach pozbywania się niepotrzebnych podczas pokoju jednostek, sprzedano go do National Bulk Carriers. NBC był poważnym i poważanym armatorem eksploatującym wielką liczbę zbiornikowców i masowców, zatrudniającą w swych najlepszych latach ponad 20.000 ludzi!

Minęły cztery lata. 11 lutego 1952 wyładowany do pełna naftą i olejem opałowym statek wypłynął z Baton Rouge w Luizjanie, kierując się na północ, ku Bostonowi. Kapitan John Fitzgerald miał pod komendą 40 ludzi.

17 lutego późnym wieczorem, gdy Boston był już niedaleko, pogoda gwałtownie pogorszyła się, a obfite opady śniegu znacznie ograniczyły widoczność. Ze zmniejszoną szybkością statek płynął w kierunku Zatoki Massachusetts, na łuku której leżał Boston. W nocy zarówno wiatr jak i fale ciągle rosły, wspierane przez oślepiającą wachtowych śnieżycę.

18 lutego o 4 rano „Pendleton” rozpoczął omijanie Przylądka Cod (Cape Cod), skąd – po obraniu kursu północno-zachodniego – pozostałoby mu już tylko około 45 mil do Bostonu. Koniec mordęgi był coraz bliżej. Tyle że...



...o 5:50 przerażona załoga usłyszała serię przerażających dźwięków pękającej stali. Zbiornikowiec przechylił się, a zaraz potem kadłub przełamał się kilka metrów za nadbudówką śródokręcia. Jak opowiadał strażak Frank Fateaux mający wówczas wachtę w kotłowni, w statek uderzyły dwie ogromne fale, sile których kadłub nie był w stanie się oprzeć. Z kolei marynarz Fred Brown wspominał, że przełamywanie kadłuba brzmiało „niczym darcie ogromnej puszki”. Niezwykły hałas obudził innego marynarza, Carola Kilgore. Młody człowiek ubrał się szybko i wybiegł na pokład. „Kiedy się tam znalazłem, nie wierzyłem własnym oczom. Dziób zniknął”.

Klatka z filmu THE FINEST HOURS (polski tytuł: CZAS PRÓBY)


Starszy mechanik Raymond L. Sybert: „Hałas był głośny. Pobiegłem do maszynowni i po drodze usłyszałem coś jakby eksplozję. Statek mocno przechylił się na lewą burtę”. Po wejściu do maszynowni Sybert wysłał na mostek marynarza z latarką. Ten bardzo szybko wrócił i zameldował, że statek przełamał się. Mechanik rozkazał zastopować maszyny, po czym sam pobiegł na górę. Ponownie jak Kilgore, także i on nie spostrzegł części dziobowej. Kolejnym rozkazem było zamknięcie wszystkich drzwi wodoszczelnych poza tymi, które łączyły maszynownię z kotłownią. Szczęśliwie agregat wciąż dawał prąd, dzięki czemu wszędzie było światło. Zasilania nie miała za to część dziobowa, w nadbudówce której przebywało ośmiu ludzi, w tym kapitan John J. Fitzgerald stojący przy sterniku w chwili, gdy zbiornikowiec przełamał się. Z braku prądu nie można było niestety uruchomić znajdującej się tam radiostacji.

Na drugiej połówce statku dowództwo nad 32 marynarzami objął Sybert. Szybko zorientował się, że grodzie i wodoszczelne drzwi są mocne i wobec tego nie grozi im szybkie zatonięcie. Mało tego, można było użyć steru awaryjnego ale mechanik zdecydował, że bezpieczniej będzie dryfować, niż walczyć rozbitym kadłubem z falami. „Pendleton”, a raczej to co z niego zostało, dryfował na południowy wschód. Około 14:00 rozstawieni na pokładzie szalupowym obserwatorzy z ulgą dostrzegli zbliżającą się powoli plażę.

Wyjątkowo trudne chwile przeżywała nie tylko załoga „Pendletona”. Straż Wybrzeża zajmowała się akurat wtedy innym zbiornikowcem, „Fort Mercer”, który także przełamał się o 32 mile na południowy wschód od Chatham, tyle że parę godzin wcześniej.

„Fort Mercer”


Szczęśliwie obie połówki statku utrzymywały się na wodzie. Dzielni ludzie z łodzi ratowniczej zdjęli załogę z przedniej części którą później zatopiono, ponieważ dryfując stwarzała zagrożenie dla innych jednostek.

Okręt Coast Guard „Yakutat” zbliża się do rufy „Fort Mercer”


Pomiędzy „Yakutat” a rufą „Fort Mercer” widoczna lina, wzdłuż której przeciągana jest tratwa ratunkowa z rozbitkiem


Rufowa połówka „Fort Mercer”


Następnego dnia okręt „Yakutat” szykuje tratwę do zwodowania. Pierwsza jest już podciągana do dziobu „Fort Mercer”



Spośród 43-osobowej załogi śmierć poniosło pięciu mężczyzn z części dziobowej, którzy zginęli w chwili przełamania się statku. Rufową połówkę, wartą uratowania choćby tylko ze względu na nietkniętą maszynownię wzięto na hol, i zaciągnięto do stoczni w Newport.

Rufa „Fort Mercer” wchodzi na holu do portu



Tam dobudowano mu część dziobową i przemianowano na „San Jacinto”. Kiepska musiała to być robota, skoro w 1964 statek ponownie przełamał się (!) – tym razem przy niezłej pogodzie i bez ofiar – po czym po raz drugi dobudowano nowy dziób. Jako „Pasadena” poszedł na złom w 1983 roku.

The PENDLETON BREAKING UP HERE – Tutaj przełamał się PENDLETON
The FT. MERCER 32 MILES E. OF CHATHAM – FORT MERCER 32 mile na wschód od Chatham
CHATHAM COAST GUARD – Straż Wybrzeża Chatham
POLLOCK LIGHT SHIP – Latarniowiec POLLOCK



*

Około godziny 15:00, gdy widoczność poprawiła się na krótką chwilę, ratownicy z należącej do Coast Guard Chatham Lifeboat Station (Stacja Łodzi Ratunkowych w Chatham) dostrzegli oderwaną część dziobową dużego statku, ale nie dało sie odczytać jego nazwy. Dopiero godzinę później samolot biorący udział w ratowaniu „Fort Mercer” z niewielkiej wysokości ujrzał napis PENDLETON.

Na części rufowej „Pendletona” posiadająca radio załoga słyszała o dramacie „Fort Mercer”, ale nikt nie miał pojęcia, czy ratownicy odebrali ICH wezwanie o pomoc. W trakcie gorączkowej narady przyjęto obawy Syberta, iż przy zbliżeniu się do lądu niezwykle silny przybój może rozbić odsłoniętą, a tym samym wystawioną wprost na ataki fal wręgę, co oznaczałoby szybkie zatonięcie statku. Konsekwentnie starszy mechanik rozkazał ustawić obroty śruby na wolno wstecz, utrzymując statek mniej więcej w stałej odległości od przesuwającej się wzdłuż burty plaży.

Na stacji ratowniczej w Chatham wiedziano już jednak o drugim przełamanym statku. Poinformowano Centrum Ratownicze iż „Pendleton” dryfuje na południe. Pomimo wysiłków ludzi Syberta statek przesuwał się wprost ku płyciźnie w okolicach Chatham (Chatham Bar), gdzie – jak to sformułowano – „znalazłby się w sytuacji grożącej przewróceniem się, ze śmiercią wszystkich na burcie”.

Około 17:30 długa na 11 metrów motorowa (90 KM) łódź ratownicza CG36500 z czteroosobową załogą opuściła Chatham. Wysłał ją w morze będący akurat na służbie w Stacji Łodzi Ratowniczych Chatham bosman Cluff. Wezwał on pilnie ratownika Bernarda C. Webbera i powiedział mu: „Webber, zbieraj załogę. Bierzcie 36500, przejdźcie nad barem i podejdźcie w pobliże statku”. Widząc stan morza, pełen obaw o swoje życie ale jednocześnie czując że musi spełnić obowiązek, Webber odparł drżącym głosem: „Tak jest, Sir, będę gotowy”.

Na Stacji przebywało w tej chwili jedynie trójka ludzi, i z żadnym z nich do tej pory Webber nie pływał. Wszyscy z miejsca wyrazili zgodę na wyjście w morze. Warto poznać nazwiska tych bohaterów: młodszy mechanik Stacji Andrew Fitzgerald, marynarz Richard Livesey i wreszcie człowiek który nigdy nie brał udziału w żadnej akcji ratowniczej: marynarz Irving Maske który czekał na poprawę pogody, aby wrócić na swój latarniowiec „Pollock”.

Ratownicy biegną do CG36500


Gdy łódź pokonywała pierwsze metry na wodzie jeszcze wewnątrz portu, do jej załogi krzyknął z lądu znajomy rybak John Stello: „Chłopaki, lepiej spieprzajcie zanim nie będzie za późno!” Webber czuł to samo, ale poczucie obowiązku przeważyło. Wspominał później swoją myśl: „Mój Boże, czy on [Cluff] naprawdę myśli że łódź i jej załoga mogą wyjść tak daleko w morze podczas takiego sztormu i znaleźć przełamany statek w oślepiającej śnieżycy i przy wściekłym morzu, kierując się tylko kompasem?” Jeśli nawet załoga łodzi nie zamarznie wcześniej na śmierć, to jak ma się jej udać przejąć ludzi z rzucanej przez fale połówki zbiornikowca?

Szykując się na najgorsze Webber odkrzyknął Johnowi aby ten zadzwonił do chorej, leżącej od dwóch dni w domu żony i powiedział jej, że Bernard wypłynął na ratunek.

Gdy już poza falochronem fale zaczęły wyjątkowo silnie rzucać łodzią, dzielna czwórka podtrzymywała ducha wyśpiewując na cały głos – a raczej wydzierając się ile wlezie – marynarskie piosenki „Rock of ages” i „Harbor lights”. Bardzo szybko jednak ryk morza stłumił owe śpiewy tym bardziej, że załoga szybko zaczęła walczyć o przetrwanie.

Wszystko szło w miarę dobrze do chwili, gdy łódź przepływała nad Chatham Bar. Gigantyczna fala dosłownie wyrzuciła ją w powietrze, a zaraz potem CG-36500 ciężko opadła na burtę, w kotlinę pomiędzy dwoma kolejnymi falami. Konstrukcja łodzi spowodowała wprawdzie szybkie powrócenie do pionu, ale nie zapobiegło to urwaniu się kompasu, który wypadł za burtę. Czteroosobowa załoga z impetem walnęła się o pokład. Gdy łódź wyprostowała się, ku szczeremu zdziwieniu Webber stwierdził, że nikogo nie brakuje!

Łódź rzucało na falach tak, jakby płynęła na zwariowanym rollercoasterze, co w końcu zaczęło powodować kłopoty z silnikiem. Pod pokład wpełznął Fitzgerald, starając się nie tylko utrzymywać maszynę w ruchu, ale też regulując na miejscu jego obroty: chodziło o to, aby waląc się dziobem w głęboką kotlinę pomiędzy falami nie iść całą naprzód, ponieważ wtedy łódź mogłaby wtedy wbić się cała pod wodę. Cała naprzód, pół naprzód, cała wstecz – w ciasnym pomieszczeniu Fitzgerald przechodził wręcz samego siebie. Poprzez wybite szyby sterówki śnieg i woda bezlitośnie atakowały twarze pozostałej trójki.

Na rufie „Pendletona” wiedziano już, że łódź ratownicza jest w drodze. Jak wspominał mechanik Frank Fateaux: „Czekaliśmy na ratunek cały dzień. Mieliśmy nadzieję, ale nasze nastroje były bardzo kiepskie aż do chwili, gdy ujrzeliśmy wspaniałe światło. Było to pojedyncze światło tańczące w gorę i w dół na burzliwym morzu... patrzyliśmy oczarowani”.

Ku „Pendletonowi” przebijała się także CG36383, ale CG-3650 była bliżej. Pomimo fal dochodzących niekiedy nawet do 18 metrów i przy wietrze dochodzącym do 130 km/godz, Webber powoli zbliżał się do uszkodzonego zbiornikowca. Wspaniale manewrując podszedł do burty, pomimo że w każdej chwili CG-36500 mogła zostać rzucona o nią i roztrzaskana. Ryzykując niewiele mniej – ale też nie mając nic do stracenia za to wiele do zyskania, bo życie - marynarze zaczęli schodzić po sztormtrapie.

Gdy pierwszy z nich znajdował się na przedostatnim szczeblu, nagły przechył wcisnął go pod wodę niczym torebkę herbaty w kubku, po czym – gdy kadłub odbił w drugą stronę – marynarz nagle wystrzelił z wody niczym korek, będąc po chwili wysoko ponad wodą. Fitzgerald przy silniku i Webber przy sterze dokonywali cudów, a pozostała dwójka nie ustępowała im w dzielności, determinacji i poświęceniu.

Gdy na niewielkiej przecież CG36500 znajdowało się już 20 spośród 32 rozbitków, tylko z wielkim trudem dało się manewrować przeciążoną łodzią. Pomimo rosnącego ryzyka Webber zdecydował że albo wszyscy zginą, albo wszyscy zostaną ocaleni! Polecił kontynuować ewakuację, pomimo że każda chwila mogła być tą ostatnią. Jako ostatni schodził ze sztormtrapu kucharz George C. Meyers, ważący aż 160 kilogramów. Na statku mówiono na niego „Tiny” (malutki, drobny). Niestety Meyers puścił trap trochę za wcześnie, spadając wprost do morza. Chwilę później ujrzano jego potężne ciało znoszone w kierunku steru i śrub zbiornikowca. Webber gwałtownie zmienił położenie łodzi, ale żywioł był zbyt potężny. Wielka fala rzuciła CG36500 z impetem o burtę statku, miażdżąc na niej rozpaczliwie walczącego o życie Meyersa.

Pozbawiony kompasu, przy ogromnej fali i prawie zerowej widoczności Bernard Webber nie spodziewał się trafić do portu, mając jedynie nadzieję na dotarcie do jakiejś plaży, na którą mógłby próbować wyrzucić CG36500. Powiadomił o tym Stację, która skierowała w jego pobliże kuter Coast Guardu „McCulloch”, aby ten odnalazł go i wziął na swój pokład część rozbitków. To był jednak dzień Webbera. Przez absolutny przypadek niespodziewanie zobaczył przed dziobem czerwoną boją oznaczającą wejście do portu i bezbłędnie to wykorzystał, wchodząc do środka i cumując przy najbliższej dostępnej kei.

Rozbitkowie schodzą z CG36500. Część z nich pozowała później do wspólnego zdjęcia
;

Po jakimś czasie już na lądzie Webber spotkał Johna Stello i spytał co żona powiedziała gdy doniesiono jej, że łódź szczęśliwie wróciła. Jej komunikat był całkiem jednoznaczny: „Powiedz Berniemu żeby przytargał swój tyłek do domu tak szybko, jak tylko się da!”

Czwórka bohaterów z CG36500


Tymczasem opuszczona rufa „Pendletona” dryfowała na południe. Na wodzie utrzymywała się także część dziobowa, ale nie było na niej widać ani jednego człowieka, a stan morza nie pozwalał na wejście na pokład. Wieczorem 18 lutego dziób osiadła na płyciźnie Pollack Rip. 24 lutego marynarz z ratowniczego holownika „Curb” wszedł na wrak i w jednym z dziobowych pomieszczeń znalazł jedno jedyne ciało, marynarza Hermana G. Gatlina. Nigdy nie natknięto na żadne inne zwłoki z „Pendletona”.

„Śmiertelne drgawki dwóch przełamanych zbiornikowców w dzikim sztormie w pobliżu Cape Cod”


„32 URATOWANYCH ZE ZBIORNIKOWCÓW [de facto dotyczyło to tylko Pendeltona].
Coast Guard w heroicznej akcji ratunkowej przy Chatham. \
Odłamany dziób jednego statku tonie z 8 ludźmi.
Po lewej: 32 ofiary. Ogromna strata spowodowana przez sztorm z północnego wschodu.
Po prawej: 46 w niebezpieczeństwie na drugim statku w sztormie północno-zachodnim [?]
Kapitan z Bostonu umiera na dziobie Pendletona.
Fort Mercer, podzielony na pół dryfuje bezradnie 30 mil [od lądu].
Flota ratownicza w pogotowiu. Flary z samolotów oświetlają akwen”


Na rysunku CG36500 zbliża sie do rufy „Pendletona”. Tekst mówi:
„32 URATOWANYCH ZE ZBIORNIKOWCÓW [tu także jest błąd].
Coast Guard [Straż Przybrzeżna] w heroicznej akcji ratunkowej przy Chatham.
Odłamany dziób statku tonie z 8 ludźmi.
Tytuł artykułu: Zamarznięte ciało znaleziono w dziobie Pendeltona przy Cape Cod. Trwają poszukiwania innych zwłok tragedii zbiornikowca”


Już po sztormie. Dziób i rufa „Pendletona”. Na przedostatnim zdjęciu widać sztormtrap, po którym schodzili marynarze
, , ,

Dziób na mieliźnie. To wtedy znaleziono wewnątrz ciało Gatlina. Zauważcie całkowicie zniszczoną nadbudówkę[i/]


Za szczególne zasługi w akcji ratowania ludzi z „Fort Mercer” i „Pendletona” uhonorowano 24 osoby. Uratowali oni 70 z 84 członków załogi – 32 z „Pendletona” i 38 z „Fort Mercer”. Odpowiednio 9 i 5 marynarzy poniosło na tych statkach śmierć. Najwyższymi odznaczeniami było pięć Złotych Medali za Ratowanie Życia. Uhonorowano nimi całą czwórkę z CG36500, co było niezwykłym odstępstwem od reguły, iż Złoty Medal otrzymuje jedynie dowódca łodzi!

Dekoracja Złotymi Medalami. Na zdjęciu widać tylko trójkę. Od lewej Fitzgerald, Livesay, Webber. Maske – jako cywil spoza Coast Guard – został odznaczony w swojej miejscowości
,

Resztki przedniej części „Pendletona”, zdjęcie z końca lat siedemdziesiątych


CG36500 została starannie odrestaurowana


Webber (z przodu), a za nim Andrew Fitzgerald na CG36500. Zdjęcie z 2002. Bernard Webber zmarł w styczniu 2009, w wieku 80 lat


14 kwietnia 2012 do służby w Coast Guard wszedł patrolowiec „Bernard C. Webber”, numer burtowy 1101


W 2016 Amerykanie nakręcili film na motywach dramatycznej akcji CG36500. FINEST HOURS (polski tytuł CZAS PRÓBY)



--

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
17-07-18 21:39  Odp: TOM 3 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
Borowy 



Na Forum:
Relacje w toku - 1
Relacje z galerią - 11
Galerie - 2


 - 2

Witam. No i doczekałem się ;) Podziwiam odwagę ludzi takich jak obsada łodzi CG36500.

--


Wykonane:
ORP Błyskawica , ORP Piorun , Torpedowce Kit i Bezszumnyj , Torpedowiec A-56 , Torpedowiec ORP Kujawiak , ORP Burza - stan na 1943 r , Pz.Kpfw. III Ausf J , T-34 , IS-2, Komuna Paryska , Sherman M4A3 , Star 25 - samochód pożarniczy , Zlin 50L/LS

W budowie:PzKpfw. VI Tiger I Ausf. H1,

Pozdrowienia z krainy podziemnej pomarańczy !

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
18-07-18 13:10  Odp: TOM 3 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
Akra 

Na Forum:
Relacje w toku - 2
Relacje z galerią - 5
Galerie - 1


 - 2

Film CZAS PRÓBY jeszcze jest u nas nieosiągalny na DVD (w dvdmax napisano jednakże: „wkrótce w sprzedaży”). Oto dwie, jakże różniące się recenzje tego filmu, który był w kinach (ja go przegapiłem):

RECENCJA 1

Zdarzyło się naprawdę: w lutym 1952 roku potężny sztorm sprawił, że u wybrzeży Nowej Anglii doszło do katastrofy. Smagane falami o wysokości do 20 metrów tankowce Fort Mercer i Pendleton przełamały się na pół. Temu pierwszemu na odsiecz ruszyła cała kawaleria: kutry, statki, łodzie oraz samoloty. 34 ocalałych marynarzy Pendleton nie miało tyle szczęścia. Po długiej dyskusji wysłano po nich jedną, zdolną pomieścić zaledwie 12 pasażerów drewnianą motorówkę. Film Craiga Gillespiego ("Ramię za milion dolarów") stanowi relację z wyprawy, która do dziś uważana jest za najbardziej heroiczną akcję w dziejach amerykańskiej straży przybrzeżnej.

Reżyser opowiada tę historię zarówno z punktu widzenia załogi tankowca, jak i garstki ochotników, którzy podjęli się misji ratunkowej. Na przywódcę pierwszej grupy wyrasta mechanik Ray Sybert (Casey Affleck), który – jak sam mówi – zna Pendleton jak własną kieszeń. Drugą ekipą zarządza prostolinijny, przywiązany do regulaminu strażnik Bernie Webber (Chris Pine). Ani Ray, ani Bernie nie są naturalnymi liderami – brakuje im charyzmy, a współtowarzysze akceptują ich raczej z obowiązku niż sympatii. Gillespie pokazuje jednak, że bohaterstwo jest nie tyle stanem ducha co okoliczności. W najczarniejszej godzinie to właśnie outsider i niepozorny szarak mogą wykazać się niezłomnym charakterem, ofiarnością oraz walecznym sercem.

Fabuła "Czasu próby" wydaje się samograjem. Marynarze walczą tu z czasem i bezlitosnym żywiołem, klaustrofobiczna atmosfera sprzyja konfliktom wewnątrz grupy, a szalejące dookoła pogodowe pandemonium to okazja do popisu speców od efektów specjalnych. Tym trudniej jest mi więc zrozumieć, dlaczego temperatura zdarzeń w filmie Gillespiego jest tak niska. Zawodzi przede wszystkim uproszczony, potraktowany po macoszemu psychologiczny rysunek postaci. W konsekwencji zamiast pełnowymiarowych bohaterów ekran zaludniają ludzie-plakaty: Szlachetny Idealista, Wyczekująca Powrotu Męża Wierna Żona, Nieopierzony Majtek, Wątpiący w Powodzenie Misji Wilk Morski, Zaślepiony, Podejmujący Błędne Decyzje Przełożony i tak dalej. Nasza sympatia do tego towarzystwa jest więc raczej pochodną sympatii do grających go aktorów, aniżeli zasługą scenariopisarskiego teamu.

Reżyserski styl Gillespiego przywodzi na myśl późnego Spielberga. Nasączona patosem opowieść płynie nieśpiesznym tempem, kamera napawa się urodą pieczołowicie odwzorowanych kostiumów i scenografii z epoki, zaś rozpisana na pianino i łkające smyczki muzyka próbuje nachalnie manipulować wzruszeniami widowni. Jestem jednak przekonany, że przy całej swojej staroświeckości twórca "Mostu szpiegów" potrafiłby wycisnąć z tej opowieści więcej emocji. U Gillespiego historia, zamiast porządnie szarpnąć widzem, po prostu po nim spływa.

RECENZJA 2

Wszystkim razem i każdemu z osobna dobrze radzę: zignorujcie recenzenta i jeśli choć trochę zainteresował Was opis lub zwiastun tego filmu, pędźcie do kina, póki nie jest za późno. Trudno mi zrozumieć zarzuty autora recenzji. Cóż, krytycy mają chyba przekonanie, że jeśli raz na jakiś czas nie napiszą czegoś uszczypliwego, to stracą szacunek u odbiorców. Może i zresztą tak właśnie jest. Ale nie pozwolę, by tak dobry film, jak „Czas Próby” stał się ofiarą tego typu praktyk.

Gillespie stanął przed bardzo trudnym zadaniem. Miał pokazać w swym filmie prawdziwych bohaterów. A prawdziwi bohaterowie nie są tacy, jak w filmach. Nieznaczne jedynie odwzorowanie charakterów postaci uważam za największą zaletę produkcji. Poznajemy ludzi, którzy mają robotę do wykonania. Jeden jak na bosmana USCG jest wyjątkowo nieśmiały. Wciąż raczej poszukuje sensu życia, niż go pielęgnuje. Poznajemy go z lekkim wyprzedzeniem. Szybciutko zapoznajemy się z historią jego zaślubin i w morze. Drugi to zwykły marynarz. Człowiek bez charyzmy, za to z głową na karku. Dobry specjalista. Gdy przychodzi czas próby, wcale nie pali się do działania. Ale ponieważ jako jedyny ma pomysł, co dalej robić, nieco wbrew sobie zostaje liderem. Casey Afleck doskonale odwzorował postać Raya Syberta. Chris Pine również robi dobrą robotę, acz do jego postaci trzeba się przyzwyczaić, ponieważ jest ona absolutnie niekinowa. Zapewne dlatego właśnie autor recenzji uznał ją za płaską.

Ja jednak uważam inaczej. Mamy do czynienia z człowiekiem bogatym wewnętrznie. Ale ta głębia nie jest nam do niczego potrzebna. Poznajemy zaledwie wycinek jestestwa tego człowieka. Ten najważniejszy wycinek. „Czas Próby” pożera na śniadanie niezły przecież „Gniew Oceanu”. Nie wierzcie w te głupoty o przesadzonym patosie. Patos to był u Petersena. U Gillespiego nie ma ani krztyny. Nie ma żadnych wielkich przemów. Nie ma żadnego wielkiego bohaterstwa. Bernie Webber (Chris Pine) rusza do akcji właściwie tylko dlatego, że musi. Nie kieruje nim naiwne, typowo amerykańskie przekonanie o najwyższej wartości ludzkiego życia, a raczej rozczarowanie dotychczasową, poukładaną za pomocą regulaminów i rozkazów służbą.

Gillespiemu udało się zrobić rzecz niesamowitą. Pokazać najważniejszą, najbardziej spektakularną i najbardziej ofiarną akcję w historii Amerykańskiej Straży Przybrzeżnej w sposób tak zwyczajny i tak nieinwazyjny, jakbyśmy mówili o wycieczce na ryby. Brawo. Scenarzyści, zamiast zastanawiać się, w jaki sposób maksymalnie utrudnić marynarzom robotę, skupili się na faktach, dzięki czemu przez cały seans odnosimy wrażenie, że mamy do czynienia z prawdziwym zapisem akcji. Nie myślałem, że to powiem, ale uważam, że „Czas Próby” jest filmem nawet lepszym, niż „Patrol”. Jest zdecydowanie mniej pretensjonalny. Posiada równie wspaniałe zdjęcia. Brakuje jedynie Sikorskiego HH-60 Jayhawk latającego nad głowami bohaterów.

Rzecz jasna są pewne uproszczenia, a z niektórymi rzeczami nieco przesadzono. Łódź ratownicza przedziera się przez fale, które mają dobrych 50 metrów wysokości, a przecież najwyższa zanotowana fala miała ich „zaledwie” 30, niemniej nie przeszkadza to w odbiorze filmu, a gwarantuje bardzo przyjemne doznania wizualne. Zamiast czytać recenzje, zobaczcie ten film. Zapewniam, że się nie rozczarujecie. A jeśli kręcą Was filmy o tematyce marynistycznej, ten jest Waszym „must see” (musisz zobaczyć).

--

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
19-07-18 13:41  Odp: TOM 3 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
Akra 

Na Forum:
Relacje w toku - 2
Relacje z galerią - 5
Galerie - 1


 - 2

Przywróciłem zdjęcia do Opowieści 508 i mam zamiar stopniowo zrobić to samo z innymi, których zdjęcia ukradł mi wstaw.org :-)

Zniknęły zdjęcia z Opowieści 492-493-494-495-496-497-498-499-500-501-502-503-504-505-506-507-508

Na razie ponownie pojawiły się ponownie w 492-494-508. Pracuję nad kolejnymi.

Post zmieniony (19-07-18 15:43)

Odpowiedz na tę wiadomość 
 Tematy/Start  |  Wyświetlaj drzewo   Nowszy wątek  |  Starszy wątek 
 Widok z podziałem na strony: strona 34 z 34Strony:  <=  <-  30  31  32  33  34 

 Działy  |  Chcesz sie zalogowac? Zarejestruj się 
 Logowanie
Wpisz Login:
Wpisz Hasło:
Pamiętaj:
   
 Zapomniałeś swoje hasło?
Wpisz swój adres e-mail lub login, a nowe hasło zostanie wysłane na adres e-mail zapisany w Twoim profilu.


© konradus 2001-2018