KARTON CAFÉ   
Regulamin i rejestracja regulamin forum  jak wstawiac grafike, linki itp do wiadomosci grafika i linki w postach

Miejsce na rozmowy o rzeczach niekoniecznie związanych z modelarstwem kartonowym, tzw. "rozmowy kanapowe", ciekawostki, humor itd. Tu można się poznać lepiej i pogawędzić ze sobą.


 Działy  |  Tematy/Start  |  Nowy temat  |  Przejdź do wątku  |  Szukaj  |  Widok bez stronicowania (rolka)  |  Zaloguj się   Nowszy wątek  |  Starszy wątek 
 Widok z podziałem na strony: strona 112 z 113Strony:  <=  <-  109  110  111  112  113  -> 
18-08-16 16:43  Odp: TOM 2 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
Ryszard 



Na Forum:
Relacje w toku - 22
Galerie - 22


 - 9

"To się nazywa rozrzut czasowy!" i .... autoreklama ! :-))
Jest OK i tak ma być !

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
18-08-16 22:03  Odp: TOM 2 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
Ryszard 



Na Forum:
Relacje w toku - 22
Galerie - 22


 - 9

Nikt nie twierdzi, że nie jest OK.
A co wspólnego mają z tym gusta ?
Jedni je mają inni niestety nie...

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
19-08-16 08:24  Odp: TOM 2 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
Akra 

Na Forum:
Relacje w toku - 2
Relacje z galerią - 5


 - 2

Może rzeczywiście ostatnia Opowieść była zbyt rozwlekła i wielowątkowa? No cóż, każdemu może się przytrafić :-)

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
19-08-16 09:07  Odp: TOM 2 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
Akra 

Na Forum:
Relacje w toku - 2
Relacje z galerią - 5


 - 2

Drogi ZbiGu, jako mój stały czytelnik masz pełne prawo do wypowiadania się, nawet w krytycznym tonie. A poza tym - ZbiG krytykuje, a karawana i tak jedzie dalej :-)

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
19-08-16 09:28  Odp: TOM 2 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
Ryszard 



Na Forum:
Relacje w toku - 22
Galerie - 22


 - 9

Mój wpis, że jest OK dotyczył reklamowania przez autora opowiadań i uważam to za jak najbardziej na miejscu i nie ma nic wspólnego z gustem.
Wielowątkowość tylko uatrakcyjnia tekst.
Ot i wszystko w tym temacie.

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
22-08-16 06:23  Odp: TOM 2 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
pieczarek   

Ja rowniez sie wypowiem w temacie ostatniej Opowiesci. Mnie sie bardzo podobala. lubie takie wielowatkowe tasiemce, jako jedna z wielu ciekawych historii jak najbardziej wpasowuje sie w watek. Chociaz gdyby pojawialy sie tu tylko takie dlugie teksty, to pewnie nie mialbym czasu ich wszystkich czytac.
Wiec podsumowujac, bardzo sie ciesze ze zroznicowania. Oby tak dalej i z gory dziekuje.

P.S. Mam nadzieje, ze nie zaplatalem sie we wlasnych myslach ;)

--
pozdrawiam Kuba

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
22-08-16 08:01  Odp: TOM 2 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
Akra 

Na Forum:
Relacje w toku - 2
Relacje z galerią - 5


 - 2

I oto mamy ostatnią Opowieść w Tomie 2! Jak ten czas leci... wydaje mi się jakbym rozpoczynał ten tom zupełnie niedawno, a tu już minęło 16 miesięcy...


Opowieść 460


NIEWIARYGODNY PECHOWIEC

Był to klasyczny jeziorowy bocznokołowiec z charakterystycznymi, ciągnącymi się nad pokładem wzmocnieniami kadłuba o łukowatym kształcie, podobnymi do stosowanych przy budowie mostów. Zwodowany 20 marca 1852 roku w stoczni Bidwell & Banta w Buffalo, stan Nowy Jork, „Northern Indiana” miał długość 91,6 metra długości, 11,22 szerokości i razem z bliźniaczym „Southern Michigan” miał wozić po jeziorze Erie ładunki oraz – przede wszystkim - pasażerów.



Armatorem obu jednostek była kolejowa firma Michigan Southern Railroad Company i w żadnej mierze nie było to przypadkiem. Warto przyjrzeć się mapie jeziora Erie, a zwłaszcza położeniu trzech miast: Chicago i Toledo na zachodzie i Buffalo na wschodzie. We wczesnych latach pięćdziesiątych XIX wieku kolej nie dochodziła jeszcze do Buffalo, a wielka byłaby szkoda zrezygnować z mieszkających w tym mieście i okolicach potencjalnych klientów. To właśnie zadecydowało że firma kolejowa kupiła statki, które miały dowozić pasażerów i ładunki z Buffalo do Toledo i Chicago, a następnie dalej pociągami na zachód. Jeszcze przez wiele lat hasło GO WEST! (Jedź na zachód!) miało być szalenie popularne wśród ludzi spodziewających się tam lepszego życia, a przede wszystkim własnego kawałka ziemi.

Jezioro Erie z portami Buffalo, Toledo i Detroit. Znaczenie liter P (na jeziorze) oraz H (na północny wschód od Detroit) podane są w dalszej części Opowieści


Oznacza to zatem, że zarówno „Northern Indiana” i „Southern Michigan” były klasycznymi dowozowcami czyli „feederami” – określenie dobrze już nam znane z poprzedniej Opowieści.

Pierwszy z tych statków od samego początku był wielkim pechowcem. 1 czerwca 1852 roku podczas próbnego rejsu zderzył się w porcie w Buffalo z niewielkim parowcem „Golden Gate”, ale szczęśliwie skończyło się na wzajemnych niewielkich uszkodzeniach. Zaledwie dwa dni później kolejne bum! Tym razem w wyniku kolizji ze szkunerem „Lewis Cass” trzeba było stracić na stoczni kilka dni. Zmieniono kapitana. I co z tego...

Jeszcze zanim statek wszedł na przeznaczony dla niego dowozowy szlak, armator wykorzystywał „Northern Indianę” do rejsów wycieczkowych („pleasure excursion” – przyjemnościowa wycieczka). Kiedy jednakże krótko przed północą 22 czerwca 1852 roku, czyli trzy tygodnie po ostatnim zderzeniu bocznokołowiec wypłynął w taki rejs z Cleveland, aż tak bardzo przyjemnie nie było, a to z powodu silnego wiatru. Dobrze, że chociaż niebo było czyste. Statek miał zapalone przepisowe światła, i podobnie było w przypadku niewielkiego szkunera „Plymouth” płynącego z pełnym ładunkiem, na który składało się 292 metry sześcienne pszenicy luzem, 150 baryłek z mąką i 1092 litry czegoś przewożonego najprawdopodobniej w beczkach, a nazwanego w dokumentach „ash”, czyli popiół. Do tego dwie skrzynie towarów określonych w papierach jako „luksusowe” (luxury goods). Statek płynął z Huron – niewielkiego miasta położonego na zachód od Cleveland - do Buffalo.

Pomimo przejrzystego powietrza i właściwego oświetlenia obu jednostek, w niewytłumaczalny sposób o 1:30 w nocy, 20 mil od Cleveland, doszło do kolizji! Parowiec z impetem uderzył pod kątem prostym w śródokręcie szkunera. Przez dwie minuty statki stały złączone, co w oczywisty sposób ograniczało napływ wody do rozbitego kadłuba żaglowca. Potem bocznokołowiec cofnął się co przyspieszyło los jego ofiary, która zaczęła nabierać przegłębienia na dziób.

Tych kilka minut pozwoliło jednakże dziesięciosobowej załodze żaglowca opuścić na wodę niewielką łódź, i wejść do niej w komplecie. Po kwadransie kapitan Austin A. Kirby z załogą stali już na pokładzie „Northern Indiany”. Pospiesznie przyniesiono im koce, ponieważ prawie wszyscy marynarze wybiegli po zderzeniu na pokład prosto z koi, całkiem rozsądnie nie tracąc czasu na ubieranie się.

Dziób dużo większego bocznokołowca był mocno rozbity, a sondowanie kadłuba wykazało metr wody w jego przedniej części. Nawigując z maksymalną ostrożnością – historia nie mówi czy „Nortern Indiana” płynął rufą naprzód – bocznokołowiec zawrócił do Cleveland, gdzie zajęli się nim stoczniowcy. „Przyjemnościowa wycieczka” zakończyła się, zanim jeszcze na dobre nie zaczęła.

To był naprawdę paskudny rok! 2 września statek odniósł liczne i bardzo poważne uszkodzenia w bardzo silnym sztormie. Wielkie fale złamały wzmacniające łuki i doprowadziły do zatrzymania maszyny. Po pięciu godzinach katorżniczej pracy na silnie kołyszącym się statku udało się wreszcie podnieść parę i „Northern Indiana” z trudem dowlókł się do Toledo.

I wreszcie przyszedł czas spokojnego zarabiania pieniędzy. W 1853 roku „Northern Indiana” wszedł już na stałe na linię Buffalo – Cleveland - Toledo, zgodnie z pierwotnym planem wożąc pasażerów chętnych jazdy koleją na zachód. Razem z nim linię obsługiwała „Southern Michigan” oraz „Empire State”.

„Empire State”


Tylko przez niewiele miesięcy było miło. Pech znowu dał o sobie znać. 11 maja 1853 roku nastąpiła poważna awaria maszyn, co zmusiło armatora do wynajęcia holowników, mających zaciągnąć bezwładny statek do Toledo. I wreszcie wszyscy żyli długo i szczęśliwie? Nic z tego.

26 sierpnia tego samego roku. Ponownie port w Buffalo i ponownie kolizja, tym razem ze szkunerem „Tuscola”. Niewielki żaglowiec ucierpiał mocno, a parowiec poszedł na kilka dni do stoczni.

Ale rok 1853 jeszcze się nie skończył. 3 października statek wszedł na mieliznę w Zatoce Toledo, i znowu trzeba było wzywać holowniki... I wreszcie, ufff, drugi z rzędu pechowy rok wreszcie się skończył. W końcu, u licha, musi przecież wreszcie zaświecić słońce!

Nie dla „Northern Indiany”. 15 sierpnia 1854 roku wypływając z Monroe, Michigan, najechał w płytkiej wodzie na zgubioną przez kogoś kotwicę, rozrywając na sporej długości drewniane poszycie dna. Po prowizorycznym załataniu dziur, statek dowlókł się na stocznię w Detroit, gdzie czekał go długi i kosztowny remont.

2 października: rejs przerwany ponowną poważną awarią maszyny. Właściciele holowników po raz kolejny zarobili na kłopotach parowca.



Po tej awarii nagle wszystko się odmieniło tak jakby los uznał, że starczy już znęcania się nad bezbronnym statkiem. Bez dalszych kłopotów skończył się rok 1854, potem bezproblemowo minął cały następny, a i początek 1856 nie przynosił armatorowi żadnych złych wieści. Czyżby Jonasz wreszcie zszedł z „Northern Indiany”?

Jeśli nawet tak było, to musiał zamustrować ponownie w lecie tego roku. Ósmego czerwca statek z powodu kłopotów z maszyną musiał zawinąć awaryjnie do portu Dunkirk. Postój trwał tam aż dwa tygodnie, po czym pechowy do bólu parowiec powrócił do służby.

17 lipca „Northern Indiana” znajdował się w drodze do Toledo, mając na burcie 104 pasażerów i 43 członków załogi. Dowodził nim starszy oficer W. H. Wetmore, zastępujący kapitana Pheatta, który z powodów zdrowotnych musiał pozostać w Buffalo. Pogoda była piękna, a jezioro gładkie. Około jedenastej parowiec znajdował się na wysokości przylądka Pelee (Point of Pelee), oznaczonego na mapie literą P.

Wtedy właśnie zauważono wydobywajacy się z ładowni dym. Zanim jednakże zdążono w jakikolwiek sposób zareagować, w ogniu stanął pokład wokół komina, a płomienie sięgnęły także przedniej i tylnej części maszynowni. Krótko potem pożar objął również część kabin, pełnych łatwopalnych materiałów. Po kilkunastu minutach od wykrycia dymu, w ogniu stało już całe śródokręcie od burty do burty.

Sternik nie stracił głowy i nie czekał na rozkazy starszego oficera. Natychmiast obrócił koło sterowe w kierunku oddalonego o siedem mil lądu, mając nadzieję wyrzucić statek na brzeg, zanim pochłonie go żywioł. Zamiar był dobry, ale niestety ogień wnet zatrzymał maszyny.

Pożar gwałtownie rozszerzał się, tym razem idąc głównie w kierunku rufy i zmuszając obecnych tam ludzi do ratowania się skokiem za burtę. Ogień przemieszczał się wyraźnie wolniej w kierunku dziobu, co było spowodowane pomyślnym kierunkiem wiatru. Wychylono poza burtę znajdującą się na dziobie szalupę ale natychmiast wdarło się do niej tylu ludzi, że liny uległy zerwaniu, a rozbitkowie wpadli do wody. Po kilku sekundach spadła na nich mocno uszkodzona szalupa, zabijając część znajdujących się pod nią nieszczęśników. Jak doniosła prasa, wśród nich znajdowało się wielu marynarzy oraz – jak skrupulatnie podano – także trzech czarnych palaczy. Jednego z nich uratował od utonięcia drugi mechanik John Farrar. Znakomicie wspomagał go jego brat, starszy mechanik Frank Farrar, także ze wszystkich sił pomagający nie umiejącym pływać albo rannym ludziom.

Pozostałe szalupy albo już spłonęły, albo też nie było do nich dostępu. Pomimo absolutnie beznadziejnej sytuacji Wetmore nie stracił głowy, każąc wyrzucać za burtę tyle drewna, ile tylko się dało znaleźć lub oderwać. Dzielnie wspomagali go drugi oficer oraz marynarze. Już po wszystkim uratowani pasażerowie zgodnie chwalili ich niezłomną postawę. Szkoda jedynie, że nie potrafili opanować paniki podczas opuszczania dziobowej szalupy...

Widoczny z daleka dym nie mógł ujść uwadze kapitana Langleya i jego załodze na bocznokołowcu „Mississippi”, należącym do Michigan Central Railroad Line, a odległym o siedem mil. Jedynie i aż siedem mil. Natychmiast zmieniono kurs, a maszyny parowca weszły na maksymalne obroty. Gorączkowo przygotowywano do wodowania wszystkie siedem szalup, a za burtę wywieszono trapy. Po dwudziestu pięciu minutach płynięcia ze strzałką ciśnienia pary na czerwonym polu „Mississippi” zbliżył się na niecałe trzysta metrów do płonącego statku, na dziobie którego widać było kilkudziesięciu wzywających pomocy ludzi. Bezzwłocznie zaczęto opuszczać łodzie obsadzone przez członków załogi, oraz co sprawniejszych fizycznie ochotników, wybranych spośród pasażerów.

W pobliżu pojawiły się kolejne jednostki: śrubowy parowiec „Republic” który także opuścił swoje szalupy, oraz dwa czy trzy niewielkie żaglowce. Zaczęło się podnoszenie rozbitków z wody.

Na „Northern Indianie” coraz mniej miejsc było wolnych od ognia. Z powodu szoku część pasażerów nie pomyślała nawet o założeniu kamizelek ratunkowych, skazując się tym samym na pewną śmierć. Pozostali skakali do spokojnej na szczęście wody chwytając się kawałków drewna, i czekając na wyłowienie przez krążące wokół łodzie. Odnotowano tragedię jednego z pasażerów, który nie zdążył zapewnić kamizelek w dobrym stanie dla nie umiejącej pływać żony i czteroletniego synka. Mężczyzna najpierw opuścił do wody na linie żonę, po czym wyskoczył w ślad za nią z dzieckiem na ręce. Gdy chwycił ledwo utrzymującą się na powierzchni kobietę, wystraszony chłopczyk tak mocno chwycił ojca za szyję, że ten zaczął się dusić. Bliski utraty przytomności czuł że żona wyślizguje mu się z rąk, a i jemu niewiele brakuje do uduszenia się. Resztką sił z rozdartym sercem odczepił ręce dziecka z szyi, i w ostatniej chwili uchwycił idącą już pod wodę żonę. Gdy po chwili rozejrzał się wokół, chłopczyka nie było już nigdzie widać. Z kolei pasażerka Harrier Akroyd straciła owego dnia ojca, matkę, męża i dwójkę dzieci.



Większość uratowanych rozbitków znalazła się na pokładzie „Mississippi”, gdzie rannymi i poparzonymi zajął się jeden z pasażerów tego statku, doktor J. R. Bigelow.

Po wysadzeniu wszystkich rozbitków na ląd ogłoszono, że owego strasznego dnia śmierć poniosło 28 osób. Jest jednak bardzo prawdopodobne że liczba ta mogła być nawet dwa razy większa, ponieważ zwyczajem tamtych lat jedyna lista pasażerów znajdowała się na statku.

Jeszcze przez kilka tygodni fale wyrzucały ciała na brzeg, nawet w odległości 145 kilometrów od miejsca zatonięcia statku! Żeby pomóc w ich identyfikacji, gazety podawały wszystkie możliwe informacje w stylu „spalony mężczyzna miał czarne spodnie a w nich dwa klucze, nóż, bilet z Buffalo do Toledo opisany ‘D.Miller’ oraz trzydolarowy banknot”. W tym przypadku akurat łatwo było dojść tożsamości ofiary. Mimo starannego śledztwa nie udało się ustalić przyczyny pożaru.

Ponieważ wrak leżał na stosunkowo płytkiej wodzie, wydobyto z jego ładunku wszystko co nie uległo zniszczeniu, uznając jednocześnie kadłub i maszyny za nie warte remontu.

I na koniec coś co brzmi anegdotycznie, ale zdarzyło się naprawdę. Dramatyczne wydarzenia spowodowały zbliżenie się dwojga spośród uratowanych pasażerów, czyli Miss Jane Cox i Mister Johna Tracy. Zaledwie kilka dni po zejściu z „Mississippi” na bezpieczny ląd w Detroit, młodzi pobrali się. Pewnie zaczęło między nimi iskrzyć jeszcze w trakcie rejsu na „Northern Indianie”, ale nie o tym mowa. Otóż już jako para postanowili popłynąć holownikiem „Queen” z Detroit po rzece St. Clair i stosunkowo niewielkim jeziorze o tej samej nazwie do leżącego nad jeziorem Huron miasta Sarnia, skąd mieli zamiar kontynuować podróż do wspólnego domu. Holownik jednak na jeziorze zatonął (na mapie litera H), a młoda para przez dwie godziny czekała w wodzie na ratunek, który szczęśliwie w końcu nadszedł. Pozostaje mieć nadzieję że ich życie było mniej dramatyczne od tego, co ich dwukrotnie spotkało na wodzie...

Po ponad stu latach wrak odnaleziono. Jego szeroko rozrzucone szczątki leżą na piaszczystym dnie, a w oczy rzuca się wielki kocioł. Niedaleko leży kolejny, mniejszy, oraz kabestan.

--

Post zmieniony (23-08-16 07:56)

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
22-08-16 16:20  Odp: TOM 2 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
Ryszard 



Na Forum:
Relacje w toku - 22
Galerie - 22


 - 9

"Jeszcze zanim statek [nie] wszedł na przeznaczony dla niego dowozowy szlak, armator wykorzystywał „Northern Indianę” do rejsów..."
Usunąłbym "nie".

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
23-08-16 07:56  Odp: TOM 2 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
Akra 

Na Forum:
Relacje w toku - 2
Relacje z galerią - 5


 - 2

Ja też :-)

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
26-08-16 08:29  Odp: TOM 2 Opowieści bardzo ciekawych, ciekawych i takich sobie :-)
Kolniak 

 - 3

Czytam sobie opowieść 455. SIŁA WYŻSZA i byłbym wdzięczny, gdybyś się zdecydował, czy chcesz pisać nazwy po polsku (Orkady, Szkocja) czy angielsku (Orkney Islands, Scottland). Obecne "między wyspami Orkney i Szkocją" brzmi dziwacznie.

--
Dworujesz z forum? Fora ze dwora!

Odpowiedz na tę wiadomość 
 Tematy/Start  |  Wyświetlaj drzewo   Nowszy wątek  |  Starszy wątek 
 Widok z podziałem na strony: strona 112 z 113Strony:  <=  <-  109  110  111  112  113  -> 

 Działy  |  Chcesz sie zalogowac? Zarejestruj się 
 Logowanie
Wpisz Login:
Wpisz Hasło:
Pamiętaj:
   
 Zapomniałeś swoje hasło?
Wpisz swój adres e-mail lub login, a nowe hasło zostanie wysłane na adres e-mail zapisany w Twoim profilu.


© konradus 2001-2018