KARTON CAFÉ   
Regulamin i rejestracja regulamin forum  jak wstawiac grafike, linki itp do wiadomosci grafika i linki w postach

Miejsce na rozmowy o rzeczach niekoniecznie związanych z modelarstwem kartonowym, tzw. "rozmowy kanapowe", ciekawostki, humor itd. Tu można się poznać lepiej i pogawędzić ze sobą.


 Działy  |  Tematy/Start  |  Nowy temat  |  Przejdź do wątku  |  Szukaj  |  Widok bez stronicowania (rolka)  |  Zaloguj się   Nowszy wątek  |  Starszy wątek 
 Widok z podziałem na strony: strona 2 z 121Strony:  <-  1  2  3  4  5  ->  => 
28-04-14 19:44  Odp: Teksty bardzo ciekawe, ciekawe i takie sobie :-)
Akra 

Na Forum:
Relacje w toku - 2
Relacje z galerią - 5


 - 2

Oto dwie pozostałe części opisu mojego rejsu. Aby móc to przeczytać, trzeba najpierw skopiować zdjęcia do komputera i dopiero potem przeczytać po ewentualnym powiększeniu. A może ktoś zna sposób, w jaki mógłbym tu umieszczać SKANY moich tekstów?





ŻEBY MÓC TO PRZECZYTAĆ, NALEŻY ZDJĘCIE W PHOTOBUCKECIE KLIKNĄĆ PRAWYM PRZYCISKIEM MYSZY, KLIKNĄĆ "ZAPISZ OBRAZEK JAKO..." I ZAPISAĆ NA PULPICIE NP. POD NUMEREM 1. PO OTWORZENIU ZDJĘCIA NA PULPICIE POWINNIŚCIE ZOBACZYC TEKST NA CAŁYM EKRANIE (można go zresztą także powiększyć).

Napiszcie, proszę, czy sposób podany powyżej pozwala na odczytanie tekstu. Jeśli nie, to i tak w końcu miałem kiedyś je przenieść do komputera, więc i tak i tak muszę zacząć je zacząć przepisywać - a wtedy sam tekst będzie tutaj wyjątkowo czytelny :-)

Post zmieniony (28-04-14 19:50)

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
28-04-14 20:06  Odp: Teksty bardzo ciekawe, ciekawe i takie sobie :-)
Akra 

Na Forum:
Relacje w toku - 2
Relacje z galerią - 5


 - 2

A może tak jest lepiej?

,

NAPISZCIE, PROSZĘ. W razie negatywnych komentarz, po prostu zacznę przepisywanie tekstów i wrzucanie ich tutaj jak zwykłych wypowiedzi.

--

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
28-04-14 21:16  Odp: Teksty bardzo ciekawe, ciekawe i takie sobie :-)
Edekyogi 

 

Oto ten obrazek bezposrednio klikany ze trzy razy (dwa razy w taką lupkę z +)
Chyba jest wystarczająco czytelny

http://s1143.photobucket.com/user/akra2/media/Teksty/005_zps4b2f14ae.jpg.html

Post zmieniony (28-04-14 21:17)

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
29-04-14 08:36  Odp: Teksty bardzo ciekawe, ciekawe i takie sobie :-)
Akra 

Na Forum:
Relacje w toku - 2
Relacje z galerią - 5


 - 2

Zmieniam formę publikacji. Ponieważ i tak chcę mieć wszystko w komputerze, przepiszę wszystkie moje teksty i będę je tu umieszczał tak, jak niżej. Zacznę od powtórzenia trzech odcinków opisujących rejs, a potem polecę z morskimi historiami.

1993

REJS. CZĘŚĆ 1: BANJUL – ZAPACH STOLICY

Pracując od lat w dziale Eksploatacji Linii Afryki Zachodniej EUROAFRYKI dostałem jesienią ubiegłego roku propozycję nie do odrzucenia: zobaczyć Afrykę na własne oczy! Jako środek transportu wybrałem m/s „Zygmunt August” pod dowództwem jednego z naszych najlepszych kapitanów, Jana Sytego. Nie bez znaczenia był fakt, iż znaliśmy się dobrze od wielu lat. Wyjście ze Szczecina nastąpiło 11 grudnia, tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Poczułem się jak prawdziwy wilk morski, dla którego Boże Narodzenie poza domem jest regułą. Uczucie to pogłębiło się, gdy wkrótce statek wpadł w sztorm na Morzu Północnym, po bezsennej bowiem nocy wstałem raniutko, aby ...zjeść coś solidnego.

Po załadunku w Bremen, Hamburgu i Antwerpii statek skierował się ku Las Palmas. Wigilia w kanale La Manche przeszła spokojnie. Namoczone obrusy trzymały naczynia tak dobrze, że jedyną stratą był rozlany na stół barszczyk.

Do Las Palmas przybyliśmy pod koniec grudnia. Ponieważ poznałem to miasto bardzo dobrze przy innej okazji, skupiłem sie na doznaniach kulinarnych. Moje ulubione ośmiornice – po hiszpańsku „pulpo” – smakowały jak zwykle doskonale. Pikantne, smażone na blasze „pulpo con mojo rojo” czy też delikatne, gotowane „pulpo a’la Gallega” podlane znakomitym miejscowym piwem Tropical zdominowały mój pobyt na Kanarach. Nasz statek wiózł zresztą kolejna partie czeskiego słodu do wyrobu tegoż piwa. Niestety, nigdzie nie mogłem z tego powodu uzyskać rabatu...

Z początkiem stycznia weszliśmy do pierwszego portu afrykańskiego: Banjul, stolicy Gambii. Wiedziałem, jak przebiegają odprawy w Afryce, rzeczywistość okazała się jednak dużo bardziej malownicza. W Europie na odprawę – oprócz agenta – przychodzą zazwyczaj dwie osoby z Immigration plus dwóch celników. Czasem wypiją po piwie lub kieliszku polskiej wódki. Kilka minut, minimum formalności i to wszystko.

W Banjul mesa i świetlica pasażerów zapełniła się oficjelami. Jedenaście osób. Tylko kilka z nich brało udział w faktycznej odprawie. Reszta czekała na prezenty. Ale zaskoczenia nie było. Kapitan, znający Afrykę Zachodnia na wylot, już w morzu przygotował jednolite paczki. W reklamówki Euroafryki wkładaliśmy: proszek do prania, mydło, wodę kolońską, biszkopty i krem Nivea. Obdarowani nie mogli wytrzymać niepewności! Podsuwając kolejne dokumenty i rozmawiając z kapitanem zezowali w kierunku rozchylanej drugą ręka torby. Kiedyś na jednym ze statków złośliwie spięto torby zszywkami. Ach, jakich to cudów wtedy dokonywano, aby niepostrzeżenie rozchylić torbę i ujrzeć zawartość!

Ale nawet tak liczna odprawa dobiegła wreszcie końca. Jeszcze tylko zsypanie stosu niezjedzonych kanapek z serem do foliowego woreczka i niosąc dumnie te niespodziewaną zdobycz, ostatni gość opuszcza statek.

Nadszedł więc czas na postawienie pierwszego kroku na afrykańskiej ziemi. I to od razu w jednej ze stolic!

Idę przez port, maleńki, ale czysty. Mijam bramę i... w nozdrza uderza słodkawy smród. Oto główna ulica, prowadząca do pałacu prezydenckiego. Na większym jej odcinku widać nawet asfalt! Chodników nie ma, a odkryte rynsztoki rozsiewają ów charakterystyczny smrodek afrykańskich miast. No niby wiem, że Gambia jest jednym z najbiedniejszych krajów świata, ale dlaczego tu tak brudno? Pierwszy sklepik o wyglądzie wyjątkowo zapuszczonego kurnika w bardzo biednej wiosce. Ale sprzedawczyni w środku niebrzydka. Dobre chociaż i to.

Idę dalej główną ulicą. Po obu stronach handlarze. Trafiają się i eleganci, ale ubrania większości dawno już nie widziały wody. Przy krawężniku ogromny stos gruzu: tuż obok ktoś wybił w murze bramę i gruz wyrzucił wprost przed siebie. Dookoła papierzyska, na większym kawałku śpi tubylec. Żeby było wygodniej, pod głowę podłożył płaski kamień. Przeszkadza przechodniom, ale nikt z tego powodu się nie irytuje: panuje ogólna życzliwość. Także dla białych. Kontakt z białym to zresztą okazja do otrzymania najbardziej cenionego upominku: bawełnianej koszulki. W porcie wyglądało to zabawnie. Co chwila do któregoś z nas podchodzi doker i mówi: „Happy New Year, give me present!” Na ogół są zaskoczeni brakiem prezentu. No bo jak: życzenia były? Były! A prezent jest? Nie ma! Więc chyba coś jest nie w porządku? Szybko zresztą znalazłem lekarstwo na takie postępowanie. Widząc zdecydowanie podchodzącego czarnego dokera wyprzedzam go, mówiąc pierwszy: „Happy New Year, give me present!”. W odpowiedzi na twarzy tamtego najczęściej wykwita uśmiech mówiący: ależ z ciebie cwaniak!

Wracajmy jednak na ulice stolicy. Za ogrodzeniem prezydenckiego pałacu czyściutko. Czyli jednak można. Ale z drugiej strony ogrodzenia odpadki i papieru jak wszędzie. Resztki jednej z gazet przeżuwa z filozoficznym spokojem koza. Mam nadzieję, że treść artykułów nie spowodowała u niej niestrawności. Z pałacu wyjeżdża rządowe Volvo. Jedzie kilkadziesiąt metrów po asfalcie, po czym mocno zwalnia i pomalutku pokonuje spory uskok. Teraz pod kołami ma fragment glinianego motocrossu. Ale po dalszych kilkudziesięciu metrach znów wjeżdża na asfalt. Ulicą idzie młody mężczyzna z maszyna do szycia na głowie. To zwykły afrykański sposób noszenia ciężarów. Ale żeby zaraz maszyna... Sporo takich fachowców w Afryce zna parę polskich słów: „Dobra krawiec”. Reklama dźwignią handlu, także i tutaj.
Tuż obok rozciąga się przystrojona palmami plaża. Byłaby piękna, gdyby nie fakt, że wzdłuż niej stoją setki bieda-domków. Blacha falista, deski, tektura. Piasek pomiędzy deskami usłany odpadkami. Świeża bryza łagodzi nieco smród.

Wieczorem wybieramy sie na piwo. Na ulicach ciemno. Wiele budynków zbudowanych najwyraźniej jeszcze przez Anglików zdewastowanych w stopniu uniemożliwiającym zamieszkanie. Co krok śpiący na poboczach ludzie, pomiędzy nimi zaimprowizowane garkuchnie. Nie odważyłbym się zjeść czegoś w tak niehigienicznych warunkach. Ale w knajpce piwo jest zimne. Barmanka nie idzie ku swym gościom: muzyka gra głośno, a ona tańczy zbliżając się z piwem. Dosłownie tańczy! Biodra kołyszą się w rytm melodii.

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
29-04-14 09:13  Odp: Teksty bardzo ciekawe, ciekawe i takie sobie :-) NOWA, CZYTELNA FORMA!
Akra 

Na Forum:
Relacje w toku - 2
Relacje z galerią - 5


 - 2

REJS. CZĘŚĆ 2: DAJ MI PREZENT

Pierwsze spotkanie a Afryką było szokujące. Może dalej będzie lepiej? Następnym portem będzie Tema w Ghanie. Kilka kilometrów od słonecznej Akry (wymawia się Akrá z mocnym akcentem na ostatnią literę).

I oto Tema. Znów wataha oficjeli (tym razem 18) i znów każdy wychodzi dumny z reklamówką. Kapitan uśmiecha sie do mnie. Traktuje to jak folklor. Łatwo mu, bo przez lata pływania do Afryki przywykł do tej żebraniny. Ale ja wciąż patrzę na to z osłupieniem. Zamiast dwóch celników przychodzi pięciu, zamiast pary z Immigration - także piątka. Ewidentna bezczelność. Prawdziwa przejdzie zresztą dopiero w Nigerii!

Port w Temie czysty, magazyny odmalowane – nasz szczeciński wyglądałby przy nim jak Kopciuszek. Ale w mieście powtórka z Banjulu czyli bród i smród. Bieda aż piszczy. Przy drodze z pękniętej rury wylatuje woda. To lokalna łaźnia i pralnia. Czarni stojąc w bajorku w stroju adamowym dostojnie zmywają kurz i brud. Przechodzące obok kobiety nie zwracają na to najmniejszej uwagi – nagość nie jest tutaj wstydliwa. Równie normalne jest także robienie siusiu tam, gdzie człowieka przypiliło (jest to także zwyczaj wielu „cywilizowanych” mieszkańców Szczecina. W Nigerii zobaczymy bardziej nieprawdopodobny obrazek: samochód stanął na estakadzie powodując od razu korek na ogromnie zatłoczonej jezdni, a na wąskim chodniczku przykucnięty kierowca załatwia dużą potrzebę. Oczywiście takie postępowanie jest obce ludziom wykształconym, których i w Afryce przecież nie brakuje.

Tema niewielka i nieciekawa, toteż jedziemy z naszym Przedstawicielem samochodem do pobliskiej Akry. Nareszcie zobaczę stolicę Ghany.

Stojące na poboczu po naszej stronie samochody włączają lewe migacze, gdy jesteśmy za nimi o kilkadziesiąt metrów. Nie zamierzają się włączać do ruchu: kierowcy pokazują krawędź swego pojazdu żebyśmy ich nie zahaczyli – ot, taki zwyczaj.

Kierunkowskazy w Afryce Zachodniej są rzadko używane. W prawo skręca się na ogół bez kierunkowskazu (bo i tak nikomu nie zajeżdżamy drogi), a jadąc w lewo wystarczy przecież pomachac przez okno ręką. Proste?

Światła włącza się w zasadzie tylko w nocy, nawet szybko gęstniejący zmrok nie jest „usprawiedliwieniem”. Włączamy na próbę światła mijania: KAŻDY nadjeżdżający z naprzeciwka sygnalizuje nam mruganiem, że mamy je „niepotrzebnie” włączone!

Akra też zawodzi. Niby duże miasto, ale praktycznie parterowe. Sporo samochodów, dużo asfaltu i znów odkryte rynsztoki. Za mocno zetniesz zakręt, za bardzo zjedziesz w prawo na często zajętej przez pieszych jezdni i już koło wpada w głęboki, wybetonowany rów. Przebijamy się przez uliczki starej Akry i skóra mi cierpnie. Dowiaduję sie, że w razie przejechania któregoś z przechodniów (samochód wciąż między nimi lawiruje) biały kierowca musi natychmiast UCIEC z miejsca wypadku i powrócić tam dopiero z policją. Inaczej grozi lincz na miejscu. Pewnie dlatego z ulgą witam powrót na ulice pozbawione w zasadzie pieszych.

Sporo żebraków. Niektóre dzieci są najwyraźniej okaleczane, aby bardziej budzić litość. Widok wstrząsający. I podobnie jak w całej Afryce rzucają się w oczy ludzie zasypiający w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach i momentach. Kawałek papieru jako prześcieradło-poduszka i lulu. Beton, piach – byle gdzie, byle kiedy. Gdy doker na statku ma pięć minut przerwy, już śpi na kawałku papieru! Za chwilę go budzą, ale w tym czasie zdążył juz zasnąć jego kolega...

I pomimo, że tubylcy są bardzo przyjaźni („Happy New Year, give me present” wciąż obowiązuje), z ulgą opuszczam Ghanę.

A teraz Nigeria, Lagos. Miasto największe, ale stolicą od pewnego czasu jest stosunkowo niewielka, położona w centrum kraju Abuja.

W Lagos (na Lagos Island) buduje się wciąż nowe super wieżowce. Dookoła brud i bałagan, w nocy ciemno, ale pewnie znów ktoś wziął swoją dolę od firm budujących te zupełnie nie pasujące do otoczenia kolosy.

Bo Nigeria ma pieniądze. Wpływy za ropę wciąż są duże, na nich zresztą buduje się budżet. Chciałoby się jednak zapytać: gdzie sie te pieniądze podziewają? Czy rzeczywiście w prywatnych kieszeniach jak sądzi wielu? Port jest stale zatłoczony. Opłaty ponoszone przez armatorów koszmarnie wielkie. Ale sam port, mój Boże! Określenie „nędza i rozpacz” wcale pięknie się tu komponuje. Oczywiście do niedoinwestowania dołożyć należy znów wszechobecny brud.

Droga wzdłuż magazynu krzyżuje sie z dojazdem na „nasze” nabrzeże, W jednym miejscu zapadły się jakieś betonowe płyty, odkrywając pośrodku owego ruchliwego skrzyżowania otwór o wymiarach metr na metr, głęboki – na oko – na półtora metra. Widać, że pułapka powstała dawno, ale nikt nie kwapi się naprawiać. Przecież i tak wszyscy wiedzą o dziurze, więc powinni ją omijać!

Na kei sporo elektrycznych stacjonarnych dźwigów. Ale żaden nie działa... Żeby chociaż je rozebrano. Skąd! Blokują nabrzeże utrudniając w znacznym stopniu wyładunek zacumowanych przy nich statków. Wyładunek tutaj - jak w całej Afryce – odbywa się bomami statkowymi, które muszą być wyłożone nad keję. A w tym miejscu akurat stoi martwa konstrukcja.

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
29-04-14 10:25  Odp: Teksty bardzo ciekawe, ciekawe i takie sobie :-) NOWA, CZYTELNA FORMA!
Akra 

Na Forum:
Relacje w toku - 2
Relacje z galerią - 5


 - 2

REJS. CZĘŚĆ 3: ODPRAWA

W ciągu dwóch przychodzi 27 (!) osób. Jak zwykle najsilniejsza obsada celników i Immigration: po 5 osób. Każdy liczy na prezent – i nie zawodzi się. Kapitan nadal na luzie i z uśmiechem (mnie znów otwiera się nóż w kieszeni) rozdaje reklamówki z „klasycznym” zestawem. Tu nie Europa i przed ewentualnym, nawet ewidentnym świństwem ze strony portu, Immigration czy celników nie ma szans obrony. Lepiej więc odżałować stos prezentów. Celnicy idą zresztą na całego. Przedstawiają kapitanowi na piśmie (!), z pieczęcią Urzędu Celnego (!!) listę prywatnych potrzeb: papierosy – 12 kartonów; spirytualia – 12 butelek; wino – 4 butelki; piwo – 4 kartony; soft drinki – 2 kartony; kurczaki – 6 sztuk; jabłka – trochę; mleko – trochę.

Ale nie są aż tak okrutni! Wręczając listę mówią, iż można na niej dokonać „small corrections”. Czyli że można dać NIECO mniej, niż pokazuje lista.

Patrzę na listę z niedowierzaniem. Bezczelność celników przechodzi wszelkie granice. Ale nie można powiedzieć, co się o nich myśli, bo przecież odegrają się łupiąc kary za byle drobiazg. Ale kapitan zna zwyczaje, zna osobiście celników. Schodzi z dwoma do bundu. Wracają z (jedną) torbą, której objętość wskazuje na to, że nie dostali nic ponadto, co już w morzu dla nich przeznaczono.

Do stołu przysiada się dwóch smętnych, milczących jegomościów. Są z Marynarki Wojennej. Nie, nie mają żadnej sprawy do kapitana. Siedzą i czekają. Po pół godzinie kapitan bierze jednego z nich. Wracają z dwoma reklamówkami. Wychodzą niezbyt chętnie. Okazało sie, że otrzymaniu zupełnie im „nieprzysługujących” prezentów powiedzieli, że maja wielu kolegów, w związku z czym proszą o ...karton whisky. Oczywiście spotkała ich grzeczna, ale zdecydowana odmowa.

Czas wyjść do miasta. Ma ono niestety nieciekawą reputację. Niedawno pewien dyplomata stał w mieście obok swego auta. Podjechało paru, samochód zabrało, jego samego zastrzelono. Bez potrzeby, chodziło przecież tylko o samochód. W ogóle słuchając takich opowieści można nabawić się strachu. Można być pozbawionym zegarka w biały dzień na ruchliwej ulicy. Można stracić portfel. Można...

W naszym przypadku rzeczywistość okazała się na szczęście dużo weselsza. Tylko dwie próby napadu, w tym raz napadniętemu marynarzowi pomogli strażnicy pilnujący obok jakiegoś budynku. Straty materialne zero. Czyli OK. Strażników (tzw. watchmenów) można ujrzeć wszędzie. Gdy tylko ktoś ma trochę więcej pieniędzy, otacza swoja siedzibę murem z drutem kolczastym lub tłuczonymi butelkami, a w bramie stawia strażników. Całe połacie miasta wyglądają jak oblężona warownia.

Pomimo tych zabezpieczeń i tak zdarzają się napady na rezydencje. Bandyci mają często broń palną, a watchmeni tylko puste ręce. Nawet bowiem gaz w aerozolu uważają tu za broń ofensywną. Nie można go posiadać.

Ruch na ulicach obłędny. Samochodów mrowiem wiele z nich to Peugeoty 504 produkowane w Nigerii na licencji. Stan ogromnej części pojazdów katastrofalny. Przypuszczam, że nawet „polska złota rączka” uznałaby je za złom nie do wyremontowania. Brak świateł (po stłuczkach) nikomu nie przeszkadza. Kierunkowskazy w zasadzie nieużywane. Znaków drogowych widziałem zaledwie kilka. Wyprzedza się na siłę, często posługując klaksonem. Chcesz zmienić pas w tłoku? Głośno trąbisz i lekko skręcasz. Jeśli widzisz, że drugi kierowca lekko się zawahał, dodajesz gazu i wjeżdżasz na jego pas. Ale gdy maska tamtego samochodu pojawia sie o centymetry od twoich drzwi, odpuszczasz. Za chwile i tak ponowisz próbę.

Ale wypadków jest mało! Trochę więcej stłuczek, ale nikt na ogół nie robi rabanu o jedno czy drugie wgniecenie na karoserii. Jutro ty możesz kogoś zahaczyć.

Wielu kierowców ciężarówek (wyglądających nie jak złom, ale jak super złom) wiesza w kabinie dżu-dżu. Rodzaj kitki kupionej od czarownika. Ma ona chronić przed wypadkami. Jedzie się więc śmiało, bo dżu-dżu czuwa. Kiedy jednak dojdzie do wypadku (katastrofalny stan techniczny pojazdów!), osłupiały kierowca długo nie może dojść do siebie. No jak to, przecież dżu-dżu jest! Więc skąd wypadek?

Jedną rzecz jednakże z obłędnie zatłoczonych ulic Lagosu przeniósłbym bez wahania do Polski. Wzajemną życzliwość. Nikt tu nie stuka się w czoło, nikt nie podaje w wątpliwość prowadzenia się matki drugiego, nikt nie krzyknie na pieszego „Baranie, jak idziesz!” A piesi rzeczywiście przechodzą gdzie im wygodnie. Wszystko jest na luzie, z pełnym zrozumieniem drugiego. Aż miło patrzeć.

Ciekawa jest (nie tylko w Nigerii) komunikacja miejska. Prywatne mikrobusy są najpopularniejsze. Często bez bocznych i tylnych szyb, ciągle zatłoczone jeżdżą po stałych trasach. Po prawej stronie, przez stale otwarte drzwi wisi połową ciała konduktor. Wypatruje potencjalnych pasażerów, inkasuje należność i macha ręką (zamiast kierunkowskazów) w przypadku, gdy mikrobus podjeżdża do prawego krawężnika. Jazda konduktora prawie całym ciałem na zewnątrz jest stałym zwyczajem i odniosłem wrażenie, że im który jest bardziej wychylony, tym większym cieszył się podziwem. Oczywiście stan większości mikrobusów „poniżej zera”. Wyglądają one jednak znakomicie przy większych autobusach, malowanych zawsze na żółto (i prawie zawsze lepiących sie od brudu). Przypuszczam, że najbardziej tolerancyjny polski policjant odebrałby dowody rejestracyjne co najmniej 60 % wozów. Tego sie nie da opisać, to trzeba zobaczyć. Więc i ja nie opisuję.

Za to jak tania benzyna! Dotowana przez rząd kosztuje 70 kobo za litr. Przeliczając to na dolary i następnie na złotówki wychodzi... 570 złotych (pisane, przypominam, w 1993!!! – A.K.)

Ech, spuśćmy zasłonę miłosiernego milczenia nad Lagosem. Przenosimy sie do Douala w Kamerunie.

Ach, jak miło! Podobnie jak w wielu postfrancuskich koloniach dużo obszarów czystych i nieśmierdzących! Wiele ulic jest nawet oświetlonych! Przyjemnie popatrzeć. Niestety, odgórne zarządzono zakaz fotografowania CZEGOKOLWIEK. Nawet drzewka, Nie próbuje zatem, bo za dużo słyszałem o afrykańskich „kalambuszach” (więzieniach). Zagadywani przeze mnie tubylcy nieszczególnie zresztą wypowiadali się o rządzącym prezydencie, kierującym ponoć krajem w sposób odległy od demokracji. Zastanawiające jest zresztą, jak bardzo w tak autorytatywnie rządzonym kraju można tolerować wysoko rozwinięty bandytyzm. Ostrzegano nas kilkakrotnie, aby nie wychodzić na piechotę z portu. Czwórka nie usłuchała i kilkaset metrów za bramą portu otoczono została przez dziesiątkę Czarnych z nożami. „Ogolono” ich doszczętnie, dobrze że chociaż nikt nie został ranny.

Po przeczytaniu powyższego tekstu można by sądzić, że Afryka Zachodnia to piekło brudu, smrodu, nędzy, lenistwa (oj tak, tak). To oczywiście nie jest prawda. Opisałem tylko to, co szokuje składającego pierwszy raz wizytę w Afryce Europejczyka. Widziałem jednakże w Afryce także piękne miejsca, wspaniałą przyrodę, w miarę czyste i schludne miejsca w Kamerunie: Douala i Kribi a wreszcie najważniejsze: spotkałem mnóstwo życzliwych i sympatycznych ludzi. I nawet ich obłędne lenistwo okraszane było zawsze sympatycznym uśmiechem. Czy zatem chciałbym kiedyś jeszcze powrócić w te strony?
Ależ tak!

--

DOIPISEK: Wróciłem do Afryki. Między 1997 a 2011 spędziłem łącznie 6 lat mieszkając w Lagos jako Przedstawiciel Euroafryki na Afrykę Zachodnią. Podróżowałem w tych latach po całym regionie i teraz niektóre rzeczy ująłbym inaczej. Na przykład okazało sie, że najczystsze kraje regionu do Ghana i Wybrzeże Kości Słoniowej, najbezpieczniejsza jest Ghana, a Nigeria? Hmmm, po prywatyzacji port wygląda i pracuje normalnie. Celnicy i Immigration nadal szukają – często skutecznie, niestety - najidiotyczniejszego nawet pretekstu do wyszantażowania od kapitanów tysięcy dolarów (prezenty to obecnie za mało!). Co do bezpieczeństwa: najgroźniejsi są umundurowani i uzbrojeni policjanci na służbie, zatrzymujący regularnie auta i domagające się pieniędzy za wyimaginowane wykroczenia. Wciąż jest to szalenie niebezpieczny kraj...

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
29-04-14 11:37  Odp: Teksty bardzo ciekawe, ciekawe i takie sobie :-) NOWA, CZYTELNA FORMA!
Akra 

Na Forum:
Relacje w toku - 2
Relacje z galerią - 5


 - 2

Opowieść 1

OFIARA TAJEMNICZEJ EKSPLOZJI

Niewielki, ale o miłych dla oka liniach brytyjski statek pasażerski Sara obsługiwał w 1961 roku linię Bombaj-port Zatoki Perskiej. Mając wyporność 5030 ton przewoził dużo więcej pasażerów, niż mogłoby się to wydawać. Tylko 110 osób miało kabiny klasy A i B, podczas gdy kolejnych 1400 osób zwykło spędzać podróż na dużych, odkrytych pokładach. Ze względu na klimat, nic nie było dziwnego w takim sposobie podróżowania.

W swym kolejnym rejsie Sara przybyła 7 kwietnia 1961 roku na redę Dubaju. Z tego miejsca barki i łodzie odbierały jej pasażerów i ładunki. Podczas tej operacji gwałtownie – i dosłownie z minuty na minutę – zaczął się wzmagać wiatr. Szybko doszedł do 7 w skali Beauforta. Rezultatem wzmagającego się wiatru było zerwanie z kotwicy panamskiego cementowca Zeus, który – na szczęście niegroźnie – uderzył w burtę Sary. To przeważyło. Kapitan Elson, dowódca Sary rozkazał podnieść kotwicę i wyjść w morze. Tam miano przeczekać sztorm.

W tym czasie na statku pozostawało jeszcze 613 pasażerów, 132 członków załogi i 74 ludzi z lądu. Noc była ciężka i dopiero ranek przyniósł poprawę pogody. To oznaczało oczywiście tylko jedno – powrót na redę. Statek położył sie na właściwy kurs. Na horyzoncie widać było światła jakiejś innej jednostki. O 4:43 silna eksplozja wstrząsnęła Sarą. Sternik rzucony został na podłogę, a cały statek pogrążył się w ciemnościach. Zewsząd rozległy się przeraźliwe odgłosy alarmowych dzwonków. Próby dodzwonienia się do maszynowni aby włączono zapasowy generator, były bezskuteczne. Nie odpowiadał nikt.

Na mostku kapitan Elson wraz z I oficerem próbowali ustalić, skąd nadchodzą sygnały alarmowe. Niestety, system lokalizujący nie działał. Ciągły dźwięk dzwonków doprowadzał do szału. Nie mogąc ich wyłączyć, poprzestano na wciśnięciu między młoteczki i czasze zwitki papieru. Teraz już tylko przyciszony terkot przerywał ciszę.

W kompletnej ciemności na mostku nie było nawet widać, jakim kursem statek idzie. Przyniesiona pospiesznie latarka pozwoliła stwierdzić najgorsze. Maszyna nie działała, a statek wytracał szybkość.

Wnętrze Sary wypełniało sie dymem, widać było także płomienie. Podłączono strażackie węże, ale niestety nie było ciśnienia wody. Dawały się już spostrzec oznaki paniki wśród pasażerów, a także u części załogi. Ludzie wybiegali na pokład kierując się ku dziobowi i rufie: byle z dala od ognia i dymu.

Na mostku kapitan Elson – korzystając z awaryjnego oświetlenia kabiny nawigacyjnej – szybko obliczał pozycję. Wyliczenia przekazał radiooficerowi z poleceniem nadania wraz z sygnałem SOS. Niestety w tej samej chwili radiostacja wypełniła sie gęstym dymem. Natychmiast ewakuowano mostek i radiostacje. SOS nie wysłano!

Na szczęście okazało się, iż statek, którego światła jeszcze niedawno widziano, domyślił się nieszczęścia. Był to okręt desantowy Empire Guillemot. Szybko zbliżał sie do Sary. Na ten widok wzmożono wysiłki przy opuszczaniu szalup. Ludzie runęli do nich, wielu taszczyło ze sobą swoje bagaże. Ponieważ łodzie po prawej burcie zniszczył juz ogień, oblegano tłumnie resztę. Przeciążone – pomimo wysiłków załogi – łodzie było bardzo trudno opuszczać. Jedna z nich, obładowana nad miarę, zerwała się z lin. Spośród tych, którzy wpadli do wody, wielu nigdy nie wypłynęło.

W tym czasie prawie cała nadbudówka stała już w płomieniach. Na lewym skrzydle mostku pozostali tylko kapitan, starszy oficer i radiooficer. Po chwili otoczeni ogniem mieli tylko jedno wyjście: cała trójka skoczyła do wody. W tym czasie w pobliżu było już kilka statków – Empire Guillemot wciąż nadawał SOS.

Norweski Thorsholm podjął z wody kapitana z dwójką oficerów. Elson natychmiast zażądał, aby odwieziono go łodzią na Sarę. Stamtąd zamierzał koordynować akcję ratunkową.

W tym czasie na statku przebywało już tylko 15 ludzi. Schronili się na rufie: rzeczywiście było to jedyne miejsce dające jako takie bezpieczeństwo. Wkrótce przejęła ich szalupa z British Energy. Po chwili dwójka z nich wróciła: drugi oficer i kadet wciąż myśleli o ratunku dla swojego statku. Wkrótce dołączył do nich uparty Elson, starszy oficer i starszy mechanik. Wspólnie udało im się uruchomić rufową pompę. Ponieważ jednak nie było żadnych szans na opanowanie pożaru, odważna piątka opuściła ponownie statek.

O 15:30 Empire Guillemot skierował się ku Dubajowi z ponad 330 rozbitkami: 84 z nich przejęto z Thorsholma.

W ciągu kolejnej nocy trzy statki wylewały tony wody na płonącą Sarę. Rankiem niezłomny kapitan Elson wraz z ludźmi z brytyjskiego okrętu Loch Alrie kolejny raz wylądował na swym statku. Zobaczyli wrak. Wewnątrz maszynowni wciąż szalał ogień. Statek był lekko przechylony na prawą burtę.
Przez cały dzień 9 kwietnia grupy ratowników próbowały opanować sytuację. Pomimo wysiłków przechył się pogłębiał.

Wzięty na hol statek przechylał się coraz bardziej. Dziesiątego kwietnia o 9:20 wielki obłok czarnego dymu wykwitł z prawej burty. To była agonia. Po chwil Sara złożyła się łagodnie i poszła na dno. Razem z ni zginęło 238 ludzi.

Żadna z organizacji terrorystycznych nie przyznała się do podłożenia ładunku wybuchowego. Według oceny ekspertów było tego 10-15 kilogramów. Umieszczony we właściwym miejscu mógł zniszczyć statek. I zniszczył.

,

Post zmieniony (18-06-14 09:56)

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
29-04-14 12:23  Odp: Teksty bardzo ciekawe, ciekawe i takie sobie :-) NOWA, CZYTELNA FORMA!
Akra 

Na Forum:
Relacje w toku - 2
Relacje z galerią - 5


 - 2

Opowieść 2

"SAO PAULO" NA DNIE MORZA

Z początkiem XX wieku większość morskich państw zaczęła w szybkim tempie powiększać swe wojenne floty. Ta tendencja nie ominęła także Ameryki Południowej. Brazylia zagrożona ambitnymi planami Chile i Argentyny także nie zostawała z tyłu. Zdecydowano się tam w 1904 roku na program budowy dwudziestu ośmiu nowych jednostek. Głównymi atutami floty miały stać się trzy pancerniki. realizacja tego ambitnego programu zapewniłaby Brazylii niekwestionowany prymat na morzu w tej części świata. Budowę pancerników zaproponowano Brytyjczykom. W tym okresie wszedł właśnie do służby Dreadnought i właśnie podobnej klasy okręty zostały Brazylii zaproponowane. Oferta była bardzo interesująca, jednakże ze względu na wyższy koszt jednostkowy, finalne zamówienie opiewało tylko na dwie jednostki. Nazywać się miały Sao Paulo i Minas Gerais.

Sao Paulo zwodowano w 1909 roku w stoczni w Barrow. Już w roku następnym wraz ze swym bliźniakiem uważane były za najpotężniejsze okręty świata. Z dwunastoma działami kalibru 305 mm i rozwijające szybkość do 21 węzłów, stanowiły dumę całej Brazylii

Interesujące były losy przejścia okrętu z Anglii do Brazylii. Otóż po drodze Sao Paulo zawinął do Portugalii, skąd mial zabrać do kraju świeżo wybranego brazylijskiego prezydenta. Prezydent Marshal Hermes de Tonseca kończył właśnie wizytę u portugalskiego króla Manuela.

Tej samej nocy okręty portugalskie ostrzelały królewską siedzibę! Był to fragment planu mającego na celu obalenie króla. Ten zniknął w tajemniczych okolicznościach i wszystko wskazuje na to, że schronił się właśnie na brazylijskim pancerniku.

Następnego ranka grupa portugalskich oficerów przybywszy na pokład okrętu zażądała prawa do przeszukania wszystkich pomieszczeń. Spotkawszy się ze zdecydowaną odmową brazylijskiego dowódcy, Portugalczycy zagrozili bezpośrednim atakiem. Odpowiedzią był alarm bojowy na pancerniku. To otrzeźwiło Portugalczyków: Sao Paulo był bez wątpienia potężniejszy niż cała ich flota i mógłby łatwo ją posłać na dno...

Wkrótce Sao Paulo miał rzeczywiście okazje do pokazania potęgi swej artylerii. Pociski wystrzelone były jednakże na ...Rio de Janeiro!

Oba pancerniki zakotwiczyły tam w listopadzie 1910 roku celem uświetnienia prezydenckiej inauguracji. Początkowo na Minas Gerais, a później i na innych okrętach wybuchł bunt marynarzy. Domagali sie oni poprawy wyżywienia oraz lepszych warunków życia. Żądali również zniesienia okrutnych kar, oraz – co zrozumiałe – przebaczenia dla buntowników. Dal wzmocnienia argumentacji, okręty otworzyły ogień na miasto! Pomimo tego Kongres odrzucił żądania buntowników. W odpowiedzi okręty przeszły na inne kotwicowisko i stamtąd otworzyły ogień na budynki rządowe. Słabe wyszkolenie było jednakże powodem, że większość pocisków spadło na dzielnice mieszkaniowe. Kongres rozważał zniszczenie pancerników okrętami wiernymi rządowi. Ostatecznie zadecydowały czynniki militarno-ekonomiczne. Utrata tych cennych okrętów spychałaby Brazylię z pozycji lokalnego mocarstwa, a pusty skarbiec nie pozwoliłby na budowę ich następców. W rezultacie zaakceptowano wszystkie żądania. Jednakże już wkrótce wycofano sie po kolei z danych obietnic. Przywódcy buntu ponieśli okrutną śmierć, część z nich w nader tajemniczych okolicznościach.

Dalsze losy Sao Paulo były już mnie dramatyczne. Niemodernizowany z powodu braku pieniędzy szybko stał się jednostką niepasującą do wymogów II wojny światowej. Spędził ja patrolując bez żadnych efektów i bojowych akcji wody południowego Atlantyku. Od 1848 roku okręt odstawiony został do rezerwy i stopniowo zamieniał się w bezwładny hulk. Trzy lata później sprzedano go do jednej z angielskich stoczni złomowych. Podobną drogę na holu – tyle ze do Włoch – odbył juz pomyślnie Minas Gerais.

20 września 1951 roku dwa holowniki wzięły okręt na hol. Kadłub starannie przygotowano do podróży: usztywniono ster w osi okrętu, odłączono śruby, opróżniono kotły, a wszelkie otwory zaślepiono blachami. W ten sposób zasłonięto również duże otwory po działach wystających uprzednio z obu burt okrętu. Swym podpisem ekspert Bureau Veeitas potwierdził zdolność do pokonania przez Sao Paulo Atlantyku. Bezwładny okręt obsadziło 8 ludzi. Ku swemu rozbawieniu dostali zapasy żywności i wody aż na dwa miesiące! Mając na burcie radiostację krótkiego zasięgu mieli czuwać nad prawidłowością holowania.

Jednakże Atlantyk miał inne plany niz ludzie. Czwartego listopada, niedaleko Azorów, rozhulał się sztorm. Wzmagający się wiatr i fala wywierały ogromny wpływ na martwa masę pancernika. Wysoko wynurzony kadłub, duża nadbudówka i kominy działały jak potężny żagiel. W rezultacie tańczący chaotycznie na falach okręt rzucał holownikami na wszystkie strony. Spowodowało to w końcu ich kolizję. W tej sytuacji nad ranem 5 listopada hole zostały rzucone. Pancernik i holowniki rychło straciły sie z oczu. Ponieważ uprzednio szkieletowa załoga Sao Paulo nie stwierdzała żadnego negatywnego wpływu sztormu na okręt, nawet utrata łączności radiowej nie wzbudziła podejrzeń na holownikach.

Następnego ranka zaczęto poszukiwać bezwładnego pancernika. Bez rezultatu. Po nadaniu SOS akwen starannie przeszukiwano przez następny tydzień z wody i z powietrza. Powierzchnia oceanu była jednak pusta. Nie napotkano na żaden ślad ani po pancerniku, ani po jego załodze.

Cztery lata później Brytyjskie Ministerstwo Transportu wydało swą opinię o domniemanych przyczynach zatonięcia okrętu. W opinii ekspertów fale rozbiły osłony burtowych wnęk działowych. W rezultacie mocno kołyszący się okręt błyskawicznie nabrał do wnętrza ogromne masy wody. To musiało spowodować, że po jednym z kolejnych przechyłów ogromna masa stali juz nigdy się nie wyprostowała.

,

--

Post zmieniony (18-06-14 09:56)

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
29-04-14 13:15  Odp: Teksty bardzo ciekawe, ciekawe i takie sobie :-) NOWA, CZYTELNA FORMA!
Akra 

Na Forum:
Relacje w toku - 2
Relacje z galerią - 5


 - 2

Opowieść 3

TAJEMNICA OPUSZCZONEGO STATKU

Sprawa żaglowca Mary Celeste intryguje już od stu dwudziestu lat (pisane w 1993! - A.K.). Pomimo wielu prób wyjaśnienia tajemnicy (jedna z teorii czyni nawet winnymi całego wydarzenia... kosmitów) wciąż tak naprawdę nie wiadomo, co stało się na Atlantyku na przełomie listopada i grudnia 1872 roku.

Mary Celeste była niewielkim, dwumasztowym amerykańskim brygiem wiozącym ładunek 1700 baryłek przemysłowego alkoholu. Statek opuścił Nowy Jork 7 listopada 1872 roku kierując się ku Europie. Na pokładzie znajdował się kapitan Briggs z żoną i dwuletnią córką oraz siedmiu marynarzy. Kapitan zwykle starannie dobierał załogę, zwracając baczną uwagę na problem alkoholowy. Jeden z punktów umowy o pracę brzmiał: ""No grog will be allowed on board" (Grog na pokładzie niedozwolony).

Po południu 4 grudnia Mary Celeste ujrzano z Dei Gratia, innego amerykańskiego żaglowca. Było to mniej więcej w połowie drogi między Azorami a Portugalią. Gładki ocean przypominał jezioro, a od północy wiał lekki wiatr. Dowódca Dei Gratia, kapitan Morehouse był starym przyjacielem Briggsa. Nic więc dziwnego, że kazał podnieść swój. sygnał. Nie doczekał się jednak żadnego odzewu. Gdy statki zbliżyły się ku sobie, Morehouse spostrzegł, że Mary Celeste nie idzie stałym kursem, lecz wciąż myszkuje na lewo i prawo. Ponadto żagle były źle ustawione w stosunku do wiatru. Pomimo, iż statek wyglądał znakomicie, złe przeczucie tknęło dowódcę "Dei Gratia". Wezwany na pokład starszy oficer
powiedział: "Wygląda na to, że wszyscy są pod pokładem, pijani". Zdanie to nie trafiło Morehousowi do przekonania: zbyt dobrze znał kapitana Briggsa i jego stosunek do alkoholu.

Statki zbliżyły się już na pół mili, a pokład Mary Celeste był wciąż pusty. Morehouse zmniejszył dystans i będąc tuż obok milczącego brygu, rozkazał opuścić szalupę. Obsadzona przez starszego oficera i dwóch marynarzy łódź skierowała się ku Mary Celeste. Widniejąca na rufie nazwa, wraz z podanym portem macierzystym: New York usunęła ostatnie ewentualne wątpliwości co do tożsamości statku. Łódź dobiła do brygu i oficer wraz z jednym z marynarzy wspięli się na pokład. Nie ujrzeli tam nikogo. Pusto było także przy sterze, a identyczną sytuację zostali w kabinie kapitana. W napięciu, ze
wzrastającym przerażeniem dwójka mężczyzn zaczęła penetrować statek. Słyszeli jedynie trzepot żagli, stuk uderzających o burtę fal i... odgłos własnych kroków.

Na koniec zdecydowali się zejść pod pokład. Tam także nie ujrzeli nikogo. Marynarze zaczęli systematycznie przeglądać statek. Dwa z trzech luków ładowni były otwarte, przy czym przy luku dziobowym wyrwana z zawiasów pokrywa leżała obok na pokładzie. Ładunek był nietknięty, z wyjątkiem pustych dziesięciu beczek których zawartość najprawdopodobniej zdążyła już wyparować. Pomieszczenie wciąż sprawnych pomp zalane było wodą. Na podłodze kabiny nawigacyjnej leżało kilka przyrządów nawigacyjnych: cyrkle, ekierka, log oraz splątana linka sondy. Kompas był zniszczony, a okno rozbite. Nie było sekstansu i chronometru. Jedynym znalezionym dokumentem był dziennik okrętowy. Ostatni zapis nosił datę sprzed dziewięciu dni (25 listopada) i nie zawierał żadnych istotnych informacji.

Na stole drugiego oficera leżał zaczęty list do żony: "Fanny, moja droga żono..." Na stole w pomieszczeniu marynarzy leżała fajka, znaleziono także 5 funtów szterlingów oraz sporo wartościowych rzeczy. Pokrywa podobnego do klawikordu instrumentu była uniesiona, jakby ktoś przed chwilą na nim grał. Pod igłą maszyny do szycia leżał materiał, a obok na stole znaleziono kłębek bawełny. Przy pogodzie odrobinę gorszej od idealnej musiałby stoczyć się na podłogę. Zegarek kapitana wisiał nad jego stołem, znaleziono tam także złoty medalion. W jednej z kabin ujrzano napoczęte śniadanie: talerz z odrobiną owsianki oraz jajko z odciętą górną częścią. Do bajek należy zaliczyć podawaną niekiedy informację, że jedzenie było jeszcze ciepłe, a znaleziona fajka wciąż dymiła. Zapasy żywności i wody wyglądały na nietknięte z małym wyjątkiem: jedna z szuflad w magazynie opróżniona była z konserw. Na brygu brakowało jednej z dwóch szalup.

Ostatecznie Mary Celeste obsadzona trzema ludźmi z Dei Gratia po pokonaniu dalszych sześciuset mil dotarła do Gibraltaru. Tam nurek badając podwodną część kadłuba stwierdził kolejny tajemniczy i dotąd niewyjaśniony fakt. Około półtora metra pod linią zanurzenia znajdowały się po obu stronach statku dziwne nacięcia. Każde z nich miało długość dwóch metrów, szerokość trzech centymetrów i głębokość jednego centymetra.

Jako wynagrodzenie za przyprowadzenie opuszczonego statku do portu marynarze otrzymali do podziału 1700 funtów, na owe czasy sumę całkiem pokaźną. Dało to zresztą asumpt do teorii mówiącej, że to załoga Dei Gratia wymordowała ludzi z Mary Celeste, aby następnie dostać pieniądze za uratowanie statku. W świetle dotychczasowej reputacji kapitana Morehouse’a odrzucono jednakże to przypuszczenie zdecydowanie.

Być może powodem nagłego opuszczenia statku były ulatniające się z beczek opary alkoholu? Być może to ich wybuch wyrwał z zawiasów pokrywę pierwszej ładowni, a spodziewający się kolejnej ­ silniejszej tym razem eksplozji ­ ludzie pośpiesznie spuścili na wodę szalupę? Ale co stało się z łodzią i jej pasażerami? Pomimo znakomitej pogody nigdy nie natknięto się na żaden ślad, ani po ludziach, ani po szalupie. I jedynie wciąż na nowo wysuwane teorie co do przyczyn tajemniczego zniknięcia dziesięciu ludzi przypominają od czasu do czasu o tragedii.



--

Post zmieniony (18-06-14 09:57)

Odpowiedz na tę wiadomość 
 
29-04-14 13:24  Odp: Teksty bardzo ciekawe, ciekawe i takie sobie :-) NOWA, CZYTELNA FORMA!
Akra 

Na Forum:
Relacje w toku - 2
Relacje z galerią - 5


 - 2

Opowieść 4

WOJENNA PRZYGODA JOHNA KENNEDY’EGO

Młody porucznik John Kennedy był do wódcą kutra torpedowego PT­109. Funkcję tę pełnił w trudnym okresie II wojny świato­wej, kiedy to Cesarska Marynarka Japońska wciąż jeszcze walczyła z US Navy jak równy z równym. Najbardziej pamiętny z wielu patroli przyszłego prezydenta Stanów Zjednoczonych rozpoczął się w nocy 1 sierpnia 1943 roku.

Czternaście kutrów wyszło w morze, aby przechwytywać japońskie statki zaopatrzeniowe. Jednostki te pod osłoną nocy dostarczały broń, żywność i lekarstwa na zajęte jeszcze przez Japończyków wyspy. Tym razem chodziło o odcięcie wyspy Kolombangara. Zadaniem okrętów było torpedowanie transportowców ­ kutry odnosiły zresztą w tej mierze znaczące sukcesy.

O godzinie 20.30 PT­109 osiągnął swój rejon patrolowania w Cieśninie Blackett. Okręt krążył powoli wypatrując nieprzyjaciela. Ciemność jednakże była tak nieprzenikniona, że nawet najlepsze nocne lornetki niewiele pomagały. Nic więc dziwnego, że nadchodzący z dużą szybkością niezidentyfiko wany okręt został spostrzeżony dopiero z odległości 300 metrów! Była 2.30. Wbrew pierwszym przypuszczeniom nie był to okręt własny, ale japoński niszczyciel "Amagiri". Cień zbliżał się przerażająco szybko. Kuter natychmiast zaczął zmieniać kurs by przyjąć pozycję do odpalenia torped, ale czasu nie starczyło. Po dokonaniu zaledwie części zwrotu okręt został staranowany.

Od momentu spostrzeżenia niszczyciela do zderzenia minęło zaledwie 10 sekund. Skutki były straszliwe: rozdarta prawa wyrzutnia torpedowa, prawa rufowa część kadłuba dokładnie odcięta od reszty okrętu. Wraz znią poszedł na dno prawy silnik. Zamknięte przedziały wodoszczelne uchroniły na razie okręt przed natychmiastowym pójściem na dno. Japończycy nie zwolnili ani nawet nie ostrzelali śmiertelnie ranionego kutra. Bez wątpienia dla nich też cała sytuacja była kompletnym zaskoczeniem. Ponadto zmniejszenie szybkości i otwarcie ognia groziło natychmiastowym kontratakiem innych amerykańskich kutrów.

Amerykanie zostali więc sami na zniszczonym okręcie. Po chwili woda wokół nich pokryła się ogniem ­ to płonęło rozlane paliwo. Ponieważ ogień zbliżał się do PT­109, Kennedy rozkazał opuścić okręt. Po chwili niebezpieczeństwo oddaliło się. Marynarze zdecydowali się powrócić na wrak. Kennedy holował poważnie poparzonego kolegę, MacMahona po czym powrócił po dwóch innych, gorzej umiejących pływać. Z załogi pozostało niestety tylko jedenastu: Marney i Kinskey zginęli prawdopodobnie w chwili zderzenia. Nigdy nie natknięto się na ich ciała. Poza MacMahonem pozostali byli w niezłej kondycji. Na wypatrywaniu zaginionych kolegów oraz własnych okrętów minęły trzy godziny. W obawie przed Japończykami nie wystrzelono rakiet.

Ranek 2 sierpnia zastał rozbitków na wraku. Byli około 3 mil od raf wyspy Gizo. Pomimo zamkniętych grodzi, PT­109 z wolna pogrążał się w wodzie. Bez wątpienia jeszcze przed zmrokiem należało przedostać się na jedną z pobliskich wysp. Wybrano małą wysepkę w pobliżu Gizo ­ na większej mogły znajdować się oddziały japońskie. O 14.00 porucznik Kennedy wziął Mac­Mahona na hol i skierował się ku lądowi. Reszta popłynęła za nim ­ gorsi pływacy trzymali się prowizorycznie sporządzonej tratewki.

Uzbrojona w kilka pistoletów i noży grupa miała odzież w rozpaczliwym stanie. Tylko jeden z marynarzy zachował buty. Lampa sygnałowa uzupełniała ekwipunek. Niestety, przepadła apteczka, co oznaczało cierpienia MacMahona. Dopłynięcie do wyspy nie oznaczało automatycznie życia. Trzeba było myśleć o dalszym ratunku. W nadziei, że przez cieśninę mogą nocą przechodzić amerykańskie okręty, Kennedy podjął ryzykowną decyzję. O 18.30 wszedł do wody i wypłynął w morze. Środek cieśniny osiągnął w półtorej godziny. Niestety, nie zauważył żadnej amerykańskiej jednostki.

Powrót był bardzo trudny. Prąd był tak silny, że pokonaniu dwóch mil, Kennedy znalazł się w punkcie wyjścia. Kolejna rozpaczliwa próba była udana: szczęśliwie osiągnął maleńką wysepkę. Nad ranem powrócił do mocno zaniepokojonych kolegów. Kompletnie wyczerpany przespał resztę dnia. Następnej nocy chorąży Ross powtórzył wyczyn Kennedy'ego. Także bez rezultatu.

Jedynym wyżywieniem rozbitków były orzechy kokosowe. Było ich jednakże tak mało, iż zdecydowano się przenieść na inną wysepkę. Pierwszy dotarł tam Kennedy, ponownie z MacMahonem na holu. Stopniowo dołączyła do nich reszta.

Noc 4 sierpnia była zimna i wilgotna, toteż nikt nie zdecydował się wypłynąć na środek cieśniny. Rankiem Kennedy i Ross popłynęli do pobliskiej wyspy Cross, licząc na uzyskanie pomocy. Głodni i wyczerpani potrzebowali wielu godzin, zanim osiągnęli cel. Tam czekała ich niespodzianka w stylu kiepskiego przygodowego filmu. Na plaży odkryli pudełko z japońskimi napisami; wewnątrz były cukierki i krakersy. Jakby tego było mało, nieco dalej stało jednoosobowe czółno z baryłką słodkiej wody wewnątrz. Trudno było doprawdy przecenić wagę znaleziska. Jednocześnie ujrzeli przepływające blisko czółno z dwoma tubylcami. Pomimo sygnałów Amerykanów, wioślarze szybko oddalili się bez nawiązania kontaktu. Może myśleli, że byli to znienawidzeni Japończycy? Tym niemniej zdobycie łodzi,
żywności i wody znakomicie podreperowało morale rozbitków. Tej nocy Kennedy wypłynął na środek cieśniny w luksusowych niemal warunkach. Niestety i tym razem nie natknął się na własne okręty.

Pół godziny przed północą nastroje grupy były już znakomite. Dwójka przepływających w pobliżu krajowców nawiązała z Amerykanami kontakt! Uzyskano obietnicę zorganizowania pomocy. Pomimo tego, Kennedy z Rossem kolejnej nocy wypłynęli ponownie na wody cieśniny. Tym razem skończyło się wywrotką. Walcząc z silnym prądem znakomici pływacy z trudem osiągnęli zbawczy ląd.

Sobota, 7 sierpnia odmieniła wszystko. W obozowisku pojawiło się ośmiu krajowców. Przeprowadzić ich mieli do miejscowości Wana Wana. Tego samego popołudnia byli już pod opieką tzw. strażnika wybrzeża. Zaopatrzony w radiostację informował Amerykanów o ruchach japońskich okrętów i przelotach samolotów. Po kilku następnych godzinach wycieńczona jedenastka zabrana została do bazy przez kuter torpedowy. Od chwili zderzenia minęło siedem dni...



--

Post zmieniony (18-06-14 09:57)

Odpowiedz na tę wiadomość 
 Tematy/Start  |  Wyświetlaj drzewo   Nowszy wątek  |  Starszy wątek 
 Widok z podziałem na strony: strona 2 z 121Strony:  <-  1  2  3  4  5  ->  => 

 Ten wątek został zamknięty 


© konradus 2001-2018